wtorek, 13 czerwca 2017

Stare i nowe, czyli synchronizacja Pocket PC z Windows 10


Kiedyś dawno temu, przedstawiając swój sprzęt, pisałem o Pocket PC („Komputer na dłoni”). Urządzenia te nadal są u mnie w użyciu, ale w międzyczasie zrodził się problem: jak je synchronizować z komputerem stacjonarnym lub laptopem pracującym pod kontrolą Windows 10?

Temat może się wydawać dość egzotyczny: kto dzisiaj, w dobie tabletów i smartfonów, używa jeszcze Pocket PC (poza dinozaurami oczywiście)? Co jednak mają powiedzieć właściciele nawigacji samochodowych z systemem Windows CE, które do aktualizacji mapy wymagają połączenia z komputerem? Pomimo konkurencji ze strony smartfonów i małych tabletów takie urządzenia wciąż jeszcze są używane (wygodnie jest mieć oddzielne urządzenie do nawigacji), a problem ich również dotyczy (stary Windows Mobile to nieco zmieniona wersja Windows CE).

W czasach Windows 98, 2000 czy XP sprawa była prosta: do komunikacji z PC służył Microsoft ActiveSync, a każdy właściciel Pocket PC otrzymywał ze swoim urządzeniem specjalną wersję programu Microsoft Outlook 2002, aby nawet nie mając pełnej licencji na Office miał z czym synchronizować swoje kontakty, terminy i maile. Z punktu widzenia użytkownika to sprawa bardzo istotna: chodzi nie tylko o to, żeby mieć stale w kieszeni swoje notatki i kontakty, ale również o to, że wprowadzanie informacji bezpośrednio na urządzeniu jest niewygodne, w przypadku większej ilości danych znacznie łatwiej posłużyć się komputerem z „normalną” klawiaturą.

W systemie Windows Vista ActiveSync został zastąpiony przez Centrum obsługi urządzeń z systemem Windows Mobile. Odpowiednie pliki instalacyjne można pobrać bezpośrednio ze strony Microsoftu, w wersji 32-bitowej lub 64-bitowej, zależnie od posiadanego systemu. Oprogramowanie to działa również pod Windows 7, ale jeśli chodzi o synchronizację danych z Outlookiem, to mam mieszane doświadczenia. O ile w 32-bitowej wersji systemu udało mi się zainstalować Outlook 2002 i zsynchronizować dane (nie jestem pewny czy program działa całkowicie poprawnie, długo nie testowałem), to w wersji 64-bitowej synchronizacja nie jest możliwa: Centrum obsługi nie może zalogować się do Outlooka. Być może synchronizacja zadziała z którąś z komercyjnych wersji Microsoft Office (z najnowszą na pewno nie), ale nie mam czasu ani oprogramowania, aby to sprawdzić. Jeśli ktoś ma doświadczenia w tym zakresie, proszę o informację w komentarzu. Chętnie uzupełnię wpis lub zamieszczę linki do odpowiednich materiałów.
 
W przypadku Windowa 8 i 10 trick polega na tym, że Centrum obsługi musi być uruchamiane w trybie zgodności z Windows 7 (a nie Vista!), a więc po instalacji (uwaga: jeśli instalator będzie chciał zainstalować funkcje .NET Framework 3.5, należy się zgodzić) musimy to ustawić. Klikamy ikonkę menu startowego (Windows 10) lub odnajdujemy aplikację korzystając z funkcji „wyszukaj”, następnie klikamy prawym klawiszem myszy ikonę „Centrum obsługi urządzeń z systemem Windows Mobile”, z menu kontekstowego wybieramy „Więcej” i „Otwórz lokalizację pliku”. Następnie, znowu prawym klawiszem, klikamy ikonę odpowiedniego pliku, wybieramy „Właściwości” i na zakładce „Zgodność” zaznaczamy odpowiednie ustawienia.

Teraz po połączeniu Pocket PC z komputerem urządzenie powinno być wykryte, następnie instalują się sterowniki i uruchamia się automatycznie „Centrum obsługi”. Możemy skonfigurować synchronizację plików, zakładek do ulubionych witryn sieci Web (tylko po co, skoro dostępny na urządzeniu przenośnym Pocket Internet Explorer dzisiaj już prawie do niczego się nie nadaje), instalować, aktualizować i odinstalowywać programy na naszym kieszonkowym komputerku (to nam rozwiązuje problem z nawigacją), mamy swobodny dostęp do systemu plików urządzenia. Jest też, za pośrednictwem komputera stacjonarnego, połączenie z internetem (raczej do aktualizacji informacji drogowych w nawigacji niż przeglądania stron WWW).

No dobrze: a czego nie ma? Niestety nie ma synchronizacji danych z Outlookiem. Najnowszej wersji Centrum obsługi nie wykrywa, tak jakby program nie został zainstalowany. Można próbować ustawić Outlook jako domyślny program pocztowy, zgodnie z wyświetlonym komunikatem, ale najprawdopodobniej to nic nie da. Nie pomoże też zainstalowanie wersji Outlook 2002 dystrybuowanej z Pocket PC. Jeśli nawet program da się zainstalować, Centrum się z nim nie komunikuje.

Warto natomiast synchronizować dane z Thunderbirdem, a za jego pośrednictwem – na przykład z usługami chmurowymi Google. Jest to możliwe i synchronizacja taka działa w przypadku każdej wersji Windows, ale o tym następnym razem.

wtorek, 28 lutego 2017

Windows XP – powrót starego demona?


W zasadzie staram się nie pisać na tym blogu o systemie Windows XP, uważam bowiem, że wciąż jeszcze można znaleźć w internecie wystarczająco dużo materiałów, lepszych niż ja mógłbym stworzyć. Ostatnio jednak spotkałem się z problemem, który sprowokował mnie do uczynienia wyjątku.

Użytkownicy Windows XP (byli, lub ci, którzy jak ja używają tego systemu do dzisiaj) pamiętają zapewne taką sytuację: w niedługim czasie po uruchomieniu komputera wydajność systemu drastycznie spada, praktycznie nic nie da się zrobić, menedżer zadań pokazuje, że proces svhost.exe obciąża procesor do 100%. Problem był szeroko opisywany, tutaj wspomnę tylko że był związany z automatycznymi aktualizacjami systemu i został naprawiony przez Microsoft na krótko przed zakończeniem wsparcia dla Windows XP.

Ostatnio jednak na kilku maszynach z XP spotkałem się z podobnym zjawiskiem: słaba wydajność systemu, svhost.exe obciąża procesor w porywach do 50%. To wprawdzie nie 100%, ale wystarczy uruchomić jedną czy dwie aplikacje, aby system się „zatkał”. Czyżby stary demon powrócił? Wprawdzie wsparcie dla systemu zakończyło się i Microsoft nie publikuje już nowych poprawek, jednak serwery nadal działają i dotychczas opracowane aktualizacje są dostępne. Może coś się tam jednak na tych serwerach zmieniło?

Niestety w tej sprawie nie możemy już liczyć na Microsoft. Oni zakończyli wsparcie i mają prawo do tego, żeby nikt im Windowsem XP głowy nie zawracał (natomiast nie mają prawa wymuszać na użytkownikach przejście na nowy system, ale to już inny temat). Postanowiłem spróbować wyłączyć w systemie aktualizacje automatyczne, w końcu jeśli wszystkie poprawki zostały pobrane, to nowych i tak nie będzie.

Pierwsze co się narzuca, to wyłączenie aktualizacji automatycznych w panelu sterowania. Dodatkowo należy w ustawieniach centrum zabezpieczeń wyłączyć komunikaty związane z automatyczną aktualizacją. To jednak nie załatwia sprawy: usługa automatycznej aktualizacji nadal działa w tle i nadal próbuje komunikować się z serwerami Microsoftu. Należy całkowicie wyłączyć usługę automatycznej aktualizacji, jak to przedstawia ilustracja (Panel sterowania -> Narzędzia administracyjne -> Usługi, kliknąć prawym klawiszem na usłudze „Aktualizacje automatyczne” i wybrać „Właściwości”).

Opisane rozwiązanie to tylko sugestia, nie badałem szczegółowo zjawiska i nie mam możliwości ani czasu, żeby to zrobić. U mnie jednak opisane działania doprowadziły do przywrócenia sprawności systemu, a obciążenie procesora w stanie spoczynku (przy aktywnym programie antywirusowym) nie przekracza kilku procent.

Sztuczka okazała się również skuteczna w innym przypadku, kiedy menedżer zadań nie wykazywał wprawdzie znacznego obciążenia procesora przez svhost.exe (sięgało kilku procent), ale za to system był spowalniany przez intensywne operacje dyskowe spowodowane działaniami na pliku wymiany.

Podsumowując: Windows XP to całkiem wydajny system operacyjny, a jeśli nagle nastąpi spadek wydajności, to nie znaczy, że trzeba czym prędzej zmienić system (nowe wersje wcale nie są sprawniejsze, zwłaszcza na starszym sprzęcie), tylko że coś się źle dzieje. Jeśli w grę nie wchodzą jakieś wirusy czy trojany (to trzeba sprawdzić najpierw), czy jakieś nowo zainstalowane oprogramowanie (spróbujmy odinstalować), to może właśnie to, co opisałem powyżej.

wtorek, 27 grudnia 2016

PIM, czy nie PIM?

Jeśli mówimy o programach typu PIM (Personal Information Manager), to pewnie każdy użytkownik systemu Windows od razu pomyśli o jednym: Microsoft Outlook. Ja jednak chciałbym przedstawić coś innego – Corel InfoCentral.

Właściwie to tego programu już dawno nie ma, firma Corel zrezygnowała bowiem z jego rozwoju i sprzedaży, gdyż nigdy nie zdobył dużej popularności. Dlaczego? Przyzwyczailiśmy się (mam na myśli użytkowników Windows), że wszystkie programy mają podobny interfejs, działają w sposób intuicyjny i uruchamiając jakiś program po raz pierwszy, jesteśmy w stanie coś tam zrozumieć i cokolwiek zrobić, nawet nie czytając dokumentacji. Wyobraźmy sobie zatem, że jesteśmy na miejscu początkującego użytkownika InfoCentrala, uruchamiamy program i widzimy coś takiego, jak na ilustracji (proszę kliknąć grafikę w celu powiększenia). Nie będzie niczym dziwnym, jeśli po krótkiej chwili poświęconej na studiowanie instrukcji na ekranie stwierdzimy, że w zasadzie nic się nie da z tego zrozumieć, niczego sensownego nie jesteśmy w stanie w tym programie zrobić, zamkniemy go zatem, aby więcej nie wracać. Dla polskiego użytkownika dodatkową przeszkodą może być fakt, że program nigdy nie doczekał się polskiej lokalizacji.

Odkrycie możliwości InfoCentrala nie jest możliwe w ciągu kilku minut. Trzeba poświęcić godzinę albo dwie na początek, aby w ogóle zacząć z niego korzystać, a pełnię możliwości poznamy zapewne po kilku tygodniach albo miesiącach, o ile w ogóle, bo może się okazać, że nie wszystkie funkcje będą nam potrzebne.

Warto jednak poświęcić ten czas, InfoCentral nie jest bowiem zwykłym PIM-em: to program do tworzenia rozbudowanych, relacyjnych baz wiedzy, mogących zawierać bardzo różnorodne dane powiązane ze sobą na wiele sposobów, a wszystko to bez konieczności napisania nawet jednej funkcji czy linijki kodu programu.

W przypadku zastosowania InfoCentrala jako programu typu PIM może to na przykład oznaczać, że przy odpowiednio rzetelnym wprowadzaniu danych i relacji pomiędzy nimi będziemy mogli sprawdzić, którzy spośród naszych znajomych pracują w danej firmie, kto jest czyim szwagrem, synem czy wnukiem, kto jest czyim przełożonym albo podwładnym, do jakich organizacji należy nasz znajomy i kto jeszcze należy do tych samych organizacji co on, i tak dalej.

To jednak nie wszystko, InfoCentral może bowiem służyć do tworzenia baz wiedzy o zupełnie dowolnej zawartości. Ja na przykład stworzyłem sobie bazę danych o zeskanowanych z różnych czasopism (przed ich oddaniem na makulaturę) artykułach z dziedziny elektroniki i informatyki. Całość jest pogrupowana tematycznie, a pojedynczy artykuł może należeć do kilku różnych dziedzin, na przykład „Radio” i „Podstawy”. Oczywiście można również przeglądać bezpośrednio posortowaną alfabetycznie bazę danych artykułów i korzystać z wbudowanych mechanizmów wyszukiwania.

Jeszcze jednym powodem do zainteresowania się InfoCentralem może być fakt, że nowoczesnego programu o analogicznych możliwościach nie ma. InfoCentral opiera się na opatentowanej technologii baz danych (iBases), patent jest w dalszym ciągu „trzymany” przez Corela, zaś apele środowiska użytkowników o udostępnienie kodu źródłowego na zasadach open source pozostają bez odpowiedzi. Nie pierwszy to przypadek, kiedy właściciel patentu zachowuje się jak pies ogrodnika.

Oryginalny plik instalacyjny InfoCentrala, przeznaczony dla Windows 95/98 był opublikowany na płycie CD dołączonej do czasopisma PC World Komputer nr 4/2003, wraz z ciekawym podręcznikiem autorstwa Pawła Wimmera. Sam artykuł dostępny jest również online pod adresem http://wimmer.neostrada.pl/infocentral/ (korzystajcie, nie wiem jak długo jeszcze tam będzie), zaś oryginalny plik instalacyjny można pobrać bezpośrednio od Corela: ftp://ftp.corel.com/pub/Suites/infocentral/ic701us.exe. Jest też dostępna wersja zmodyfikowana przez Mike'a Koenecke przystosowana do uruchamiania pod Windows XP (działa również pod Windows 95 i 98): http://wimmer.neostrada.pl/infocentral/SetupIC.exe.

Ta ostatnia wersja sprawia pewne problemy: po zainstalowaniu i uruchomieniu programu nie wyświetla się menu. Jako sposób obejścia tego problemu polecam skopiowanie pliku C:\Program Files\ICWin7\Local\wpicmenu.mnw do katalogu C:\Program Files\ICWin7 czyli tam, gdzie znajduje się plik WPIC.EXE. Jest to pewniejsza metoda, niż opisana przez Pawła Wimmera modyfikacja pliku WPIC.INI (u mnie program ignorował wpis SystemMenu w tym pliku).

Na koniec niemiła niespodzianka dla użytkowników systemów Windows nowszych niż XP: u was InfoCentral nie będzie działał. Użytkownicy Windows 7 mogą wypróbować tryb XP, w przypadku nowszych systemów można uruchomić maszynę wirtualną z XP, ale pod warunkiem, że ma się licencję na system – gościa.

wtorek, 8 listopada 2016

Sprzedaję swój sprzęt

No i stało się! Sprzedaję* swojego laptopa Toshiba 3440CT. To dlatego, że uzyskałem „w spadku” po córce Acera Extensa 5630 EZ. Tak naprawdę to ten Acer w dalszym ciągu jest jej, ale ponieważ dostała nowszy sprzęt (Windows 10 musiał być „na pokładzie”), mogę go sobie używać. Jakkolwiek byłbym przywiązany do swojego starego komputera, nowszy daje większy komfort i więcej możliwości. Zgodnie jednak z myślą przewodnią tego bloga, starego sprzętu, zwłaszcza że jest sprawny, nie chcę wyrzucać. Jeśli więc ktoś byłby zainteresowany, żeby się nim pobawić, zapraszam tutaj. Cenę wywoławczą ustawiłem na naprawdę symbolicznym poziomie.

A co dalej z tym blogiem? Prawdę mówiąc, sam nie wiem. Mam jeszcze kilka pomysłów, ale na razie nie mam czasu na blogowanie, a i trochę mi się nie chce. Na tym laptopie Acera postawiłem Windows 98 jako maszynę wirtualną, więc może coś o wirtualizacji? Ale musiałbym zebrać trochę informacji „do kupy”, przede wszystkim na temat sterowników. No więc... może później.

* Komputer został sprzedany i będzie pracował dalej. Muszę przyznać, że bardzo mnie to cieszy. Mam nadzieję, że trafi do utylizacji (a nie na śmietnik!) dopiero wtedy, kiedy się zepsuje.

poniedziałek, 19 września 2016

Stary PC a video – część 3


Oglądamy telewizję

Kiedyś oglądanie telewizji na PC było bardzo proste: kupowało się kartę telewizyjną, czasem nawet z radiem FM, montowało w komputerze, instalowało sterowniki, podłączało antenę i po krótszym lub dłuższym czasie, potrzebnym na konfigurację i wyszukanie stacji telewizyjnych, wszystko powinno zadziałać. Działało lepiej lub gorzej, jak to telewizja analogowa: czasem świetny odbiór, ale czasem „śnieg”, odbicia, problemy z synchronizacją i tym podobne „przyjemności”. Karty tunera telewizyjnego nie były jednak specjalnie drogie i można było tanim kosztem wyposażyć gospodarstwo domowe w dodatkowy telewizor.

A jak jest teraz? Teoretycznie powinno być tylko lepiej. Wprawdzie po przejściu na telewizję cyfrową stare, analogowe karty przestały działać, ale tuner DVB-T (na port USB) do komputera kosztuje nie więcej niż kilkadziesiąt (a jak ktoś ma szczęście i wie gdzie szukać, to kilkanaście lub nawet kilka) złotych, oferując jakość odbioru nieosiągalną dla starych urządzeń.

Niestety, posiadacze „zabytkowych” komputerów PC nie mają tak dobrze. Do uruchomienia tunera DVB-T wymagany jest procesor co najmniej 2GHz (do odbioru programów HD – przynajmniej dwurdzeniowy), zaś sterowniki do takiego urządzenia zapewne będą wymagały Windows XP lub nowszego.

Jak to zatem możliwe, że na moim starym rzęchu Siemens Scenic 800 z procesorem Pentium III 450MHz mogę odbierać program telewizyjny, który w dodatku, po bliższym przyjrzeniu się (proszę spróbować powiększyć drugie zdjęcie), można zidentyfikować jako TVP1 HD? W dodatku, co jednak trudno pokazać na zdjęciu, uruchomionym systemem operacyjnym jest Windows 98.

Zapewniam, że nie ma tutaj żadnego oszustwa: to nie jest fotomontaż, to nie jest stopklatka, program jest rzeczywiście odbierany, a wyświetlanie odbywa się płynnie, przy idealnej synchronizacji obrazu i dźwięku. Oczywiście full HD to to nie jest (w końcu to tylko mały monitor kineskopowy), ale się przydaje, zwłaszcza kiedy akurat „leci” jakiś mecz, a tu żona i córka muszą koniecznie oglądać „Master Szefa” (mają przewagę, nieprawdaż?).

Tajemnica kryje się pod biurkiem. Komputer ma zamontowaną starą, analogową kartę telewizyjną. Właściwie jest to jeden z pierwszych modeli ATI ALL-IN-WONDER, połączenie karty graficznej i tunera telewizyjnego. Kiedyś hit kosztujący krocie, dzisiaj – kto o czymś takim w ogóle pamięta? Jednakże komputer z zamontowanym tunerem telewizyjnym spełnia funkcje analogowego telewizora. A co zrobili właściciele analogowych odbiorników po wprowadzeniu telewizji cyfrowej? Bogatsi i ci, którzy muszą być zawsze „na topie”, oczywiście wymienili swój sprzęt, pozostali skorzystali jednak z możliwości podłączenia do starego odbiornika niedrogiego tunera cyfrowego. Cóż zatem stoi na przeszkodzie, żeby taki zewnętrzny tuner podłączyć do komputera? Ano właśnie: nic!

Rozwiązanie takie sprawdza się doskonale, a używany tuner DVB-T można kupić za naprawdę niewielkie pieniądze. I będą jeszcze tańsze: analogowe telewizory się psują i trafiają na śmietnik (o, przepraszam, do recyklingu), a przystawki zostają.

Wszystko to nie oznacza, jakobym zachęcał specjalnie do kupowania starych komputerów czy analogowych kart telewizyjnych. Jeśli już jednak ktoś ma taki sprzęt, dlaczego nie dać mu nowego życia?

Oglądamy DVD

Właściciele w miarę nowych komputerów zastanawiają się zapewne, gdzie tu w ogóle może być problem? Wkładamy płytę DVD do napędu komputera, system sam rozpoznaje rodzaj płyty, uruchamia się odpowiednia aplikacja odtwarzająca i już „leci”. Chcąc jednak odtworzyć DVD na starym PC musimy liczyć się z ograniczeniem: do programowego dekodowania materiału video potrzebny jest minimum procesor Pentium III 500MHz, i to pod warunkiem, że mamy odpowiednią wersję komercyjnego programu Power DVD lub WinDVD, dysponującego bardzo sprawnym kodekiem. Jeśli chcemy używać darmowego oprogramowania, to najlepiej, żeby procesor był taktowany z częstotliwością nie niższą niż 800MHz.

Istnieje jednak rozwiązanie pozwalające na oglądanie filmów DVD na o wiele słabszym sprzęcie. Mój pierwszy komputer, którego używałem do tego celu, miał procesor AMD K-5 PR100 (odpowiednik Pentium 100MHz), mimo to odtwarzanie odbywało się bez najmniejszych „zacięć”. Rozwiązaniem tym jest sprzętowy dekoder MPEG w postaci karty rozszerzeń montowanej w slocie PCI. Karta taka przejmuje całkowicie zadania związane z dekodowaniem video, zaś jednostka centralna zajmuje się jedynie obsługą interfejsu, stąd wymagania na wydajność komputera są naprawdę minimalne.

Przedstawicielem takich urządzeń jest używana przeze mnie karta Creative Dxr2, obecnie zainstalowana w komputerze Siemens Scenic. Komputera z tą kartą używałem nawet, dawno temu, w charakterze stacjonarnego odtwarzacza DVD, gdyż dekoder ma wyjście video pozwalające na podłączenie telewizora. W takiej konfiguracji można nawet oglądać film na telewizorze, a korzystając z monitora robić na komputerze coś innego, choćby układać pasjansa.

Wadą karty Dxr2 jest uproszczony algorytm dekodowania, co objawia się gubieniem szczegółów obrazu. Wychodzi to na jaw w bezpośrednim porównaniu z odtwarzaczem stacjonarnym, a nawet z dekodowaniem programowym. Przy normalnym oglądaniu trudno to jednak zauważyć, chyba że się wie, o co chodzi. Dekodowanie zostało poprawione w następnym modelu – Dxr3, który miał już jednak nieco większe wymagania odnośnie komputera (minimum Pentium 233MHz).

Dygresja

Karta Creative Dxr2 doskonale dekoduje również materiał Video CD, a nawet jest kompatybilna z płytami kVCD. Przy odtwarzaniu przygotowanych przeze mnie płyt kVCD zawierających powyżej 80 minut filmu natrafiłem jednak na problem: po 80 minutach odtwarzanie było przerywane, pomimo że licznik czasu nadal działał. Te same płyty bez problemu odtwarzały się w całości przy pomocy odtwarzacza programowego.

Jako że wyglądało mi to na sztucznie wprowadzone ograniczenie, postanowiłem zadzwonić do biura obsługi klienta polskiego przedstawicielstwa firmy Creative i „rżnąć głupa", żeby się przekonać, co powiedzą. Zgłosiła się pani konsultantka, a rozmowa miała (w przybliżeniu) przebieg następujący:
— Proszę pani. Jestem użytkownikiem karty Creative Dxr2 i przy odtwarzaniu nagranych przeze mnie płyt Video CD z filmem dłuższym niż 80 minut odtwarzanie zatrzymuje się po 80 minutach.
— Nie mogę panu pomóc, nie udzielamy porad dotyczących DivX-ów. Nie popieramy piractwa.
— Proszę pani: mnie nie chodzi o DivX-y, karta Dxr2 ich zresztą nie odtwarza, tylko o Video CD.
— Każde nagranie filmu na płytę CD jest piractwem.

Zwróciliście uwagę na ostatnie zdanie? Nie chodzi mi wcale o to, że to bzdura, że to niezgodne z obowiązującym w Polsce prawem i tak dalej. Chodzi o to, że to zdanie bardzo dobrze oddaje podejście koncernów medialnych do problemu piractwa. Jeśli nie będziemy patrzeć na ręce politykom, to takie w końcu będzie prawo, bo za tym podejściem stoją ogromne pieniądze.

Jeśli ktoś ma taki lub podobny dekoder, lub może go nabyć za niewielkie pieniądze, zachęcam do jego wypróbowania. Nawet na stosunkowo mocnych (jak na zabytkowe PC oczywiście) maszynach odtwarzanie płyt DVD i VCD za jego pomocą może być wygodniejsze, niż przy pomocy rozwiązań czysto programowych.

Niedawno jednak widziałem na Allegro kartę Creative Dxr2 w cenie około 100 zł. Kiedy widzę coś takiego nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sprzedawca albo nie wie co sprzedaje, albo choruje na chciwość (a to straszna choroba i w wielu przypadkach nieuleczalna). Za takie pieniądze można kupić stacjonarny odtwarzacz DVD, co jest o wiele wygodniejszym rozwiązaniem. Ludzie! Dajcie się hobbystom pobawić! Naprawdę wolicie wyrzucić, niż tanio sprzedać?

Przechwytujemy video

Oglądanie oglądaniem, ale od czasu do czasu chciałoby się też coś nagrać. Albo po to, żeby obejrzeć później, bo akurat nie mamy czasu, albo żeby zachować na dłużej, bo nam się podoba.

Oczywiście możemy do tego wykorzystać naszą analogową kartę telewizyjną i jeśli chodzi o sygnał ze źródeł analogowych, takich jak magnetowid czy kamera VHS, tak zwykle będziemy robić.

Znacznie lepsze efekty uzyskamy jednak przy zastosowaniu specjalizowanych kart przechwytujących, jak choćby prezentowana na zdjęciu Miro DC10.

Karty takie, sprzętowo wspomagające cyfryzację sygnału video, były kiedyś wykorzystywane, w połączeniu z odpowiednim oprogramowaniem, nawet do tworzenia profesjonalnych wideoklipów. Sam kiedyś używałem DC10, ale z powodu problemów ze sterownikami i ograniczenia długości rejestrowanego klipu (może to był jakiś problem z oprogramowaniem, albo niewłaściwa konfiguracja), postanowiłem ją sprzedać. To był gruby błąd: żadna „zwykła” karta telewizyjna nie da takiej jakości obrazu.

Nie polecam natomiast wszelkich „wynalazków” do przechwytywania video podłączanych do portu USB. Urządzenia takie wprawdzie działają, ale wymagają portu USB 2.0 oraz wydajnego procesora. W połączeniu ze starym komputerem się nie sprawdzą.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z nagrywaniem programów telewizji cyfrowej DVB-T. W zasadzie można również i do tego wykorzystać analogową kartę telewizyjną lub przechwytującą, ale po co? Przystawki cyfrowe wyposażone są zwykle w funkcję PVR (Personal Video Recording) i zapisują bezpośrednio sygnał cyfrowy na pamięci flash lub dysku twardym podłączonym do portu USB. Pominięcie toru analogowego pozwala wyeliminować utratę jakości. Uzyskane w ten sposób pliki możemy poddać dalszej obróbce na komputerze (np. usunąć reklamy) i konwersji do wygodnego dla nas formatu (AVI, 3GP, MP4), a nawet przenieść na płytę DVD. Pod jednym wszakże warunkiem: że tuner nie koduje nagrań PVR. Dlatego do naszych celów najlepiej nadają się najtańsze urządzenia, zwykle produkowane w Chinach, na Tajwanie lub w innych egzotycznych rejonach świata. A co, jeśli posiadany przez nas tuner DVB-T akurat koduje sygnał? Zawsze pozostaje „furtka” analogowa.

piątek, 15 lipca 2016

Stary PC a video – część 2

W poprzednim wpisie podrzuciłem kilka „rybek” w postaci plików filmowych odtwarzających się na różnych, niekoniecznie nowych i niekoniecznie wydajnych komputerach. Pora na „wędkę”, czyli garść porad, jak samodzielnie przekodowywać pliki video, dostosowując je do naszych potrzeb.

Podobnie jak w przypadku oglądania, także i tutaj obowiązuje prosta zasada: im wydajniejszy sprzęt, tym lepsza zabawa. Rzecz jednak w tym że sam proces kodowania plików, poza początkowym ustawieniem parametrów, nie wymaga żadnej interakcji z użytkownikiem. Jeśli więc obróbką filmów będziemy zajmowali się jedynie dorywczo, możemy wykorzystać stosunkowo słaby sprzęt, zajmując się innymi sprawami w czasie, gdy komputer będzie wykonywał ciężką robotę.

Zanim przejdziemy dalej chciałbym jednak przekazać kilka uwag. Obróbka filmów jest zagadnieniem skomplikowanym. Niektórymi aspektami, jak na przykład montażem (z małym wyjątkiem, o którym na końcu), nie będę się tutaj zajmował, bo na co dzień tego nie robię i się na tym nie znam. Jednak nawet sam proces przekodowywania może przyprawić o ból głowy, gdyż bywa bardzo „kapryśny”. Łatwo może się okazać, że po wielu godzinach oczekiwania otrzymamy plik miernej jakości, albo nieodtwarzający się na docelowym urządzeniu, albo z dźwiękiem przesuniętym w czasie w stosunku do obrazu i tak dalej. Wpływ na to może mieć bardzo wiele czynników: rodzaj i jakość materiału źródłowego (nawet plik w tym samym formacie, ale zapisany z innymi parametrami lub na innym urządzeniu może dać inne wyniki), użyty program przekodowujący, wybór kodeków i ustawione parametry kodowania, a nawet stan techniczny maszyny (problemy z dostępem do dysku mogą dać naprawdę „ciekawe” efekty).

Nic nie zastąpi własnego doświadczenia i prób. Jeśli już jednak testujemy, to na krótkich fragmentach filmu, bo inaczej na wynik będziemy czekać bardzo długo. Z drugiej strony fragment nie może być zbyt krótki, bo niektórych efektów możemy nie zauważyć. Moim zdaniem w większości przypadków wystarczy trzy do dziesięciu minut filmu, w zależności od tego, co chcemy testować.

1. Dobieramy oprogramowanie

Poniżej podaję kilka propozycji oprogramowania do przekodowywania plików filmowych. Jak zwykle jednym z podstawowych kryteriów (na potrzeby tego bloga) jest dla mnie możliwość uruchamiania aplikacji pod kontrolą Windows 98, ale to nie znaczy, że użytkownicy nowszych systemów nie znajdą tu czegoś dla siebie. Wszystkie programy były testowane pod Windows XP i powinny działać również (te, lub nowsze wersje), aż do Windows 8.1.

Zestaw może się wydawać dość rozbudowany i zawiera różne aplikacje, mogące służyć do tego samego celu. Tak na przykład przekodować plik do formatu AVI da się zarówno za pomocą Format Factory, AviDemux jak też VirtualDub. Chodzi jednak o możliwość wyboru alternatywnego programu w przypadku wystąpienia kłopotów opisywanych powyżej. Moim zdaniem jest to zestaw minimum.


Format Factory to nowoczesny i wygodny program do konwersji plików multimedialnych. Jeżeli chcemy przekodowywać filmy, koniecznie musimy go mieć na komputerze. Korzysta z własnego zestawu kodeków, co pozwala na niezaśmiecanie systemu. Problem w tym, że skoro to program nowoczesny, na pewno nie jest przeznaczony dla Windows 98. Rzeczywiście: nawet z zainstalowanym KernelEx program nie uruchamia się, wywołując komunikat błędu w bibliotece msvcr100.dll. Pomaga dopiero uaktualnienie do nieoficjalnej wersji KernelEx 4.5.2015.10 by jumper (oficjalnie KernelEx nie jest już rozwijany), oraz zainstalowanie biblioteki gdiplus.dll (plik po rozpakowaniu należy skopiować do katalogu C:\Windows\System). Podczas instalowania Format Factory pojawia się komunikat błędu, jak na załączonej ilustracji. Nie ma się czym przejmować, błąd dotyczy instalacji Ask Toolbar. Nawet lepiej, jeśli to badziewie się nie zainstaluje. Po zamknięcia komunikatu wszystko przebiega normalnie. Należy jeszcze tylko ustawić tryb kompatybilności na Windows XP SP2 (menu kontekstowe → zakładka KernelEx).

Mimo wszystko nie można oczekiwać, że pod Windows 98 wszystko będzie działało jak należy. Kłopoty sprawia na przykład tryb podglądu, wykorzystujący systemowy Media Player. Podgląd wprawdzie się uruchamia, ale nie ma nad nim żadnej kontroli. Może się też okazać, że nawet po zamknięciu okna, Media Player działa dalej w tle, obciążając procesor. No cóż: program nie jest przystosowany do współpracy z tą wersją odtwarzacza. Przydać się może Process Explorer (wersja działająca pod Windows 98 znajduje się tutaj), do „zabicia” upartego procesu. Mogą też wystąpić problemy z niektórymi kodekami, ale te podstawowe powinny działać.

Wersja 3.2 Format Factory nie jest najnowsza (w chwili pisania tego artykułu dostępna już była 3.9.0.1), ale wypróbowałem ją pod Windows 98, a ponadto jest dostępna w postaci pełnego pliku instalacyjnego, a nie loadera ściągającego właściwy program z Internetu (loader nie działa pod Windows 98).

Avidemux 2.6.8 (KernelEx)

To następna obowiązkowa pozycja w arsenale. Ten program do liniowej edycji plików video, opracowany pierwotnie dla Linuksa, po przeniesieniu do środowiska Windows sprawdza się świetnie. Oprócz zmiany kodowania pozwala na wycinanie fragmentów, łączenie plików, nakładanie filtrów itp. To znowu nie jest program dla Windows 98, wersja 2.6.8 działa jednak bardzo dobrze pod kontrolą tego systemu z zainstalowanym KernelEx (nowsze już nie).

Program korzysta z własnych kodeków. Obsługa może wydać się skomplikowana, zwłaszcza z powodu dużej liczby niezrozumiałych dla początkującego użytkownika ustawień, na szczęście nie musimy konfigurować wszystkiego, najlepsze ustawienia dla typowych zastosowań łatwo sobie wypracować, a dzięki społeczności aktywnych w Internecie użytkowników – łatwo o wsparcie.


VirtualDub to prawdziwy klasyk w dziedzinie liniowej edycji video. Zmiana parametrów kodowania, precyzyjne wycinanie i łączenie fragmentów, nakładanie filtrów, możliwość zmiany ścieżki dźwiękowej to tylko niektóre z możliwości, które w dodatku można rozszerzać przez instalowanie zewnętrznych „wtyczek”. Do tego dochodzi bardzo wygodny interfejs z jednoczesnym podglądem materiału wejściowego i wyjściowego, co pozwala na natychmiastową ocenę zastosowanych efektów. Program umożliwia ponadto przechwytywanie obrazu z zewnętrznych źródeł, takich jak kamery, tunery telewizyjne i inne, pod warunkiem, że w systemie Windows zainstalowane są odpowiednie sterowniki. W dodatku wszystko to za darmo i działa pod Windows 98 bez żadnych KernelExów czy innych rozszerzeń.

Niestety program ma też wady. Obsługuje mniejszą liczbę wejściowych formatów plików niż aplikacje opisane powyżej, między innymi nie jest obsługiwany format MOV, w którym został zakodowany nasz oryginalny film. Nie posiada własnej bazy kodeków, bazując na tych, które są zainstalowane w systemie. Na szczęście potrafi korzystać z ffdshow z całkiem dobrymi rezultami. Jeśli jednak chcemy mieć ścieżkę dźwiękową w popularnym formacie MP3, nie obejdziemy się bez kodeka Lame ACM.


TMPGenc to bardzo wyspecjalizowany program konwertujący pliki video z różnych formatów wejściowych do formatu MPEG-1 lub MPEG-2. Konwersja do tego ostatniego jest zresztą ograniczona czasowo do 30 dni, potem trzeba zapłacić. Za darmo pozostaje tylko MPEG-1.

Rodzi się wobec tego pytanie, po co nam w ogóle taki program, skoro inne, jak choćby Format Factory, również oferują konwersję do MPEG-1 i 2, a przy tym za darmo? Otóż, chociaż pliki MPEG mogą służyć do odtwarzania na bardzo słabych komputerach i urządzeniach przenośnych ze względu na minimalne wymagania systemowe dekodera, to jednak podstawowym ich zastosowaniem jest tworzenie płyt Video CD, o czym szczegółowo dalej. W tej zaś dziedzinie TMPGenc nie ma sobie równych.

Ostatnia wersja dostępna za darmo (z ograniczeniami podanymi powyżej) to 2.525. Działa bez problemu pod Windows 98, nie wymaga KernelEx.


Właściwie staram się nie pisać na tym blogu o programach wymagających minimum Windows XP, z prostego powodu: wielu już to zrobiło lepiej, niż ja mógłbym kiedykolwiek, wystarczy poszukać. Tym razem jednak robię wyjątek: programy Jacka Pazery polecam każdemu, kto choćby dorywczo zajmuje się transkodowaniem plików multimedialnych, a to ze względu na sposób podejścia do tematu.

Nie znajdziemy tu „bajeranckich”, rozbudowanych interfejsów (przeciwnie: można je chyba określić jako „siermiężne”), mnóstwa zagmatwanych funkcji, kombajnów do wszystkiego, którym brakuje już tylko gwizdka i wodotrysku. Zamiast tego – prosta zasada: w zależności od tego, z czego na co chcemy konwertować, wybieramy konkretny program, ustawiamy kilka opcji w prostym, ale przemyślanym i funkcjonalnym interfejsie, klikamy „KONWERTUJ” i... możemy zająć się czymś innym do czasu zakończenia operacji.

Aplikacje działają bardzo stabilnie i generują pliki wysokiej jakości. Tak trzymać!


Haali Media Splitter (obecnie Haali Matroska Splitter) to filtr DirectShow pozwalający otwierać nietypowe kontenery z materiałami video w plikach multimedialnych MKV (Matroska), MP4, OGG, OGM, AVI oraz MOV. Zawiera podstawowy zestaw kodeków wykorzystywanych w tych kontenerach, a we współpracy z ffdshow pozwala na odtwarzanie większości plików video. Jest niezbędny, jeśli chcemy konwertować nasz źródłowy plik MOV programem TMPGenc.

Wersja 1.7.189 jest bardzo stara (opublikowana 3.06.2007), ale w późniejszych zrezygnowano ze wsparcia dla Windows 98.


Zestaw narzędzi do operowania napisami do filmów. Umożliwia między innymi zgrywanie napisów z płyt DVD do plików tekstowych, wyświetlanie filmów z napisami w aplikacjach nie posiadających takiej funkcji, korektę synchronizacji napisów z materiałem filmowym itp. W skład pakietu wchodzą między innymi dwie „wtyczki” do VirtualDuba: VobSub – umożliwiająca dodanie napisów z plików VOB (DVD) i TextSub – pozwalająca na wkopiowanie do materiału video napisów znajdujących się w pliku tekstowym.

Podczas instalacji tego narzędzia spotkałem się z drobnym problemem. Otóż jeśli zaznaczymy instalację dodatków do VirtualDub-a jak na ilustracji (a należy zaznaczyć, zależy nam na nich), w dalszej kolejności pojawia się monit o wskazanie katalogu, w którym jest zainstalowany VirtualDub. Cokolwiek byśmy nie wskazali, zawsze wyświetli się komunikat o tym, że ścieżka jest nieprawidłowa. Dzieje się tak, gdyż kiedyś katalog na „wtyczki” nosił nazwę plugins, a w nowej wersji VirtualDuba – plugins32. Pliki textsub.vdf i vobsub_vd.vdf, o które właśnie nam chodzi, rozpakowują się jednak do katalogu VobSub (standardowo: C:\Program Files\Gabest\VobSub). Wystarczy je stamtąd przekopiować do podkatalogu plugins32 (przykładowo: C:\Program Files\VirtualDub-1.10.4\plugins32).


Jeśli mamy komputer skonfigurowany do oglądania filmów (patrz część pierwsza), ffdshow i DirectX na pewno mamy zainstalowane. Do przekodowywania przydadzą się tym bardziej.


To wprawdzie nie jest program do obróbki filmów, tylko do nagrywania płyt, ale bardzo wyspecjalizowany: służy wyłącznie do nagrywania Video CD. Wprawdzie większość aplikacji nagrywających, jak na przykład Nero, też to potrafi, VCDEasy jest jednak (ale tylko do tej wersji!) całkowicie darmowy, nie wyświetla żadnych reklam i nie instaluje w systemie żadnych dodatków.
Sam chętnie z niego korzystam.


Uwaga:
VCDEasy odwołuje się do nagrywarki CD wykorzystując sterownik Adaptec ASPI lub Nero. Jeden z nich musi być zainstalowany w systemie, jeżeli chcemy mieć możliwość bezpośredniego nagrywania płyt.

2. Przerabiamy nasz film

Skoro mamy już zebrane stosowne oprogramowanie, pora je zaprząc do pracy. Chciałbym jednak zaznaczyć, że wszystko o czym napiszę poniżej w żadnym razie nie pretenduje do wyczerpania tematu. Podaję jedynie kilka, mam nadzieję że przydatnych i inspirujących przykładów, zachęcając jednocześnie do własnych eksperymentów.

Z MOV na AVI

Na początek przygotowałem plik z filmem „Ukradnij ten film 2” nadający się do oglądania na słabszych komputerach. Jakość miała być przy tym wystarczająca do oglądania na ekranie laptopa lub monitora stacjonarnego o przekątnej do 15 cali, ale efekt okazał się całkiem niezły również na ekranie 32-calowego telewizora LCD.

Do wykonania takiej pracy doskonale nadaje się program Format Factory. Zastosowane ustawienia
przedstawione są na ilustracji, zrzut ekranu z Format Factory 3.2.0. W rzeczywistości do przygotowania przykładowego pliku została użyta wersja Format Factory 2.8.0, ustawienia i efekt końcowy są jednak takie same.

Plik wynikowy, dla tych którzy nie mają ochoty na wykonanie eksperymentu samodzielnie, znajduje się tutaj (do oceny jakości plik należy pobrać, nie korzystając z odtwarzacza serwisu Chomikuj.pl).

Operacja wykonana na moim laptopie Toshiba (przypominam parametry: Procesor Pentium III 500 MHz, 192 MB RAM), zajęła około czterech godzin. Długo? Pewnie że długo, jak na film trwający 44 minuty. Łatwo policzyć, że obróbka dwugodzinnego filmu na takim sprzęcie zajęłaby w przybliżeniu 12 godzin. Jak jednak wspomniałem wcześniej, proces nie wymaga żadnej interakcji z użytkownikiem. Można uruchomić zadanie i zająć się innymi sprawami, choćby udać się do pracy albo pójść spać (pod warunkiem, że komputer nie stoi w sypialni!). W ten sposób nasz wiekowy sprzęt potrafi przerobić plik video, którego nie był w stanie odtworzyć!

Robimy Video CD

Video Compact Disk (VCD) to standard zapisu cyfrowego strumienia audio-video na zwykłej płycie kompaktowej opracowany w 1993 roku, a więc na dwa lata przed DVD. Specyfikacja tego formatu (dla obowiązującego w Polsce przed wprowadzeniem telewizji cyfrowej standardu PAL) przedstawia się następująco:
  • Kodek: MPEG-1
  • Rozdzielczość: 352 x 288
  • Format: 4:3
  • Liczba klatek na sekundę: 25
  • Strumień danych: 1150 kbit/s
Z założenia jakość obrazu miała być porównywalna do kasety VHS, jest to jednak sprawa dyskusyjna, ze względu na występujące artefakty kodowania i niższą rozdzielczość, zwłaszcza pionową. Z drugiej strony, w obrazie nie występują szumy charakterystyczne dla taśmy analogowej, lepsze jest też odwzorowanie konturów powierzchni barwnych (brak „obcięcia” pasma). Moim zdaniem jakość uzyskiwana z bardzo dobrej, nowej kasety VHS, odtwarzanej na wysokiej klasy magnetowidzie, jest lepsza, ze względu na wyższą „ostrość” obrazu. Jednak z przeciętną kasetą wygrywa już VCD.

Standard Video CD był w swoim czasie bardzo popularny w Chinach i wykorzystywany komercyjnie: filmy na płytach CD można było normalne kupić w sklepie. Były znacznie tańsze niż wchodzące dopiero na rynek DVD i kompatybilne z większością stacjonarnych odtwarzaczy. Również w Polsce można było kupić płyty VCD, zwłaszcza jako dodatki do gazet czy czasopism, gdzie chodziło o maksymalne ograniczenie kosztów. Sam mam kilka takich w swojej kolekcji. Wadą było to, że aby zmieścić pełnometrażowy film potrzebne były dwie lub trzy płyty.

Obecnie płyty VCD podzieliły los kaset VHS: jakość obrazu, wystarczająca dla telewizorów kineskopowych, okazała się zbyt niska dla współczesnych, wielkoekranowych odbiorników. Jeśli jednak chcemy tanim kosztem, posługując się zabytkowym komputerem PC, przygotować płytę z naszym filmem dającą się odtworzyć w stacjonarnym odtwarzaczu (nawet nieobsługującym DivX), zachęcam do dalszej lektury. No a jakość? Może Was pozytywnie zaskoczyć, zwłaszcza w tych fragmentach filmu, gdzie nie występuje szybki ruch i drobne szczegóły („gadające głowy”).

Materiałem wyjściowym do nagrania na płytę będzie plik video zakodowany kodekiem MPEG-1, który przygotujemy programem TMPGEnc. Wprawdzie niemal wszystkie programy do przekodowywania video mogą tworzyć pliki zgodne ze standardem VCD, jednak uważam, że tylko TMPGEnc tworzy pliki o jakości obrazu porównywalnej z oferowaną przez płyty nagrane „fabrycznie”. Ponadto wyjątkowe możliwości konfiguracji programu, pozwalające wpływać na większość parametrów kodowania, umożliwiają, kosztem pewnych odstępstw od standardu, uzyskanie lepszej jakości obrazu lub zmieszczenie dłuższego filmu na jednej płycie, o czym jednak nieco dalej.

Przyglądając się jednak uważnie specyfikacji VCD, zauważyliście być może dwie istotne trudności: po pierwsze – standard nie przewiduje innej proporcji boków obrazu niż 4:3, podczas gdy nasz film ma proporcje 16:9, po drugie – standard nie przewiduje odrębnej ścieżki z napisami, a myślę, że większość widzów chciałaby mieć podgląd polskiego tekstu.

Zajmijmy się najpierw drugim problemem. Najprościej to zrobić korzystając z funkcji wyświetlania napisów ffdshow, najpierw jednak musimy „przekonać” TMPGEnc, aby przy odczytywaniu źródłowego pliku video korzystał właśnie z tego kodeka.

Po uruchomieniu TMPGEnc zamykamy okno z informacją o ograniczonym czasie działania kodeka MPEG-2 (można zaznaczyć, żeby nie pojawiało się ponownie), następnie zamykamy Project Wizzard i otwieramy „Option” → „Preferences” → „VFAPI plug-in”. W oknie dialogowym odnajdujemy „DirectShow Multimedia File Reader” i klikając prawym klawiszem myszy zwiększamy jego priorytet, tak aby znalazł się na początku listy, jak na ilustracji (pamiętamy, że ffdshow to w istocie filtr DirectShow?).

Pora na konfigurację samego ffdshow. Z menu „Start” → „Programy” → „ffdshow” uruchamiamy „Konfiguracja dekodera video ffdshow”. Włączamy napisy i zwiększamy rozmiar czcionki do 150% w pionie i w poziomie (ilustracja). Czcionki muszą być duże, żeby napisy były swobodnie czytelne z większej odległości (przy oglądaniu Video CD odległość od ekranu zwykle zwiększamy, aby mniej nam przeszkadzały artefakty).

Zadbajmy jeszcze, żeby plik tekstowy z napisami miał taką samą nazwę (rozszerzenie oczywiście inne) i znajdował się w tym samym katalogu, co nasz plik video.

Teraz możemy już wrócić do wizzarda („File” → „Project Wizzard”), wybrać Video CD – PAL i otworzyć źródłowy plik MOV z filmem. Pamiętajmy, że musimy mieć zainstalowany Haali Media Splitter, inaczej nic z tego! Ustawmy „Video type: Progressive” i „Aspect ratio: 16:9 625 line (PAL)”. Otworzy się okno dialogowe „Filter setting” w którym zaznaczamy „Source range”. W rzeczywistości nie chodzi nam wcale o ograniczanie zakresu, tylko o okno podglądu, które się pojawi po wybraniu tej opcji. Przesuwamy suwak i sprawdzamy, czy w obrazie filmowym pojawiają się napisy. Jeśli tak, to klikamy „Cancel”. W kolejnym oknie „Bitrate setting” możemy ocenić, czy wynikowy plik zmieści się na płycie CD. Nasz film jest krótki, zostanie więc jeszcze spory zapas. Kliknijmy jednak przycisk „Expert” i wybierzmy zakładkę „Advanced”.

Interesuje nas szczególnie zawartość pola „Positioning method”. Standardowo jest tam „Full screen”. Jeśli tak zostawimy, to przy odtwarzaniu wykonanej płyty obraz zostanie rozciągnięty w pionie, tak żeby proporcja boków wynosiła 4:3 (standard VCD). W takim przypadku właściwie każdy film powinien mieć tytuł „Chudy i chudszy”. Znam osoby, które w taki sposób oglądają telewizję, zwłaszcza że tak traktują obraz szerokoekranowy niektóre sieci kablowe. Mnie to jednak strasznie denerwuje, spróbujemy więc uzyskać obraz o prawidłowych proporcjach.

Wybierzmy zatem „Positioning method: Center (custom size)” wprowadźmy szerokość obrazu 352 piksele (zgodnie ze standardem)... No tak: ale jaka powinna być wysokość? Zgodnie ze standardem to 288 pikseli, ale wtedy proporcje byłyby 4:3. Łatwo policzyć, że dla 16:9 wysokość obrazu powinna być mniejsza i wynosić 215 pikseli. Ze względów technicznych szerokość i wysokość obrazu powinny jednak być wielokrotnością 16, w przeciwnym razie większość odtwarzaczy nie będzie w stanie poprawnie zdekodować pliku. Mamy zatem do wyboru: 208 pikseli (13x16) lub 224 piksele (14x16). Wybierzmy tę drugą wartość: wprawdzie obraz będzie lekko rozciągnięty w pionie, ale nieznacznie, wykorzystamy zaś nieco lepiej powierzchnię ekranu (w przypadku telewizora lub monitora 4:3), oraz dostępną, jakże niewielką rozdzielczość pionową. Niech więc zaawansowane ustawienia kodowania MPEG wyglądają jak na ilustracji.

Co się stanie podczas odtwarzania? Odtwarzacz „wie”, że obraz VCD ma proporcje 4:3, jednak rzeczywista wysokość obrazu jest mniejsza niż standardowa. W takim przypadku obraz zostanie uzupełniony czarnymi pasami na górze i na dole, do pełnej wysokości. Tak właśnie powinno być!

No a co, jeśli odtwarzamy na nowoczesnym odbiorniku z ekranem o proporcjach 16:9? Wtedy mamy zwykle dostępną funkcję dostosowywania proporcji, która pozwoli nam „odciąć” czarne pasy i rozciągnąć obraz na cały ekran. Tak więc nasza płyta VCD będzie kompatybilna z każdym telewizorem.

Możemy już zaakceptować zawartość kolejnych okien dialogowych i uruchomić kodowanie. Na mojej Toshibie trwało to około 4 godziny, ale z lepszym procesorem będzie zdecydowanie szybciej.

Odczekaliśmy te kilka godzin i już mamy plik wynikowy. Jeśli ktoś nie chce tracić czasu, może od razu pobrać gotowy stąd. Możemy teraz zapisać go na płytę CD. Możemy, ale to nie będzie Video CD!

Standardowa płyta VCD ma specjalny nagłówek (inny niż w przypadku płyt audio czy płyt z danymi) i określoną strukturę plików. Program, którym nagrywamy takie płyty, musi to „umieć”, co sprowadza się zwykle do tego, że występuje w nim opcja „Video CD”. Możemy też użyć wyspecjalizowanego programu, jakim jest VCD Easy.
Dla leniwych, albo tych którzy nie mają czasu a chcieliby szybko sprawdzić jak płyta Video CD odtwarza się na ich sprzęcie, przygotowałem płyty w postaci plików BIN/CUE (należy pobrać oba pliki). Obraz może być przeniesiony na płytę przy pomocy dowolnej aplikacji nagrywającej obsługującej ten format.

kVCD – „lepsze” VCD

Płyta VCD ma dwie podstawowe wady: pierwsza to niska jakość obrazu (o czym już dużo napisałem), druga to ta, że na jednej standardowej płycie można umieścić do 80 minut materiału filmowego (korelacja z 80 minutami muzyki na płycie CD Audio nie jest przypadkowa). Każdej z tych wad (ale nie obydwu naraz) możemy częściowo zaradzić, odchodząc jednak od standardu.

TMPGenc umożliwia nie tylko głęboką ingerencję w proces kodowania MPEG poprzez modyfikowanie tablicy kwantyzacji i zmiany grupowania ramek obrazu, ale także odczytywanie konfiguracji z szablonów. Umożliwiło to na przygotowanie szablonów z ustawieniami pozwalającymi na poprawę jakości obrazu, lub zwiększenie ilości materiału filmowego na jednej płycie nawet do 120 minut (kosztem dalszego pogorszenia jakości, niestety).

Ceną za to jest obniżenie kompatybilności: niektóre stacjonarne odtwarzacze (ale jest ich niewiele) „nie tolerują” kVCD. Nie ma tu żadnej reguły, w końcu działamy poza standardem. Jedynym sposobem na sprawdzenie, czy nasz odtwarzacz akceptuje kVCD, jest przygotowanie płyty i próba jej odtworzenia.

Przykładowe szablony kVCD umieściłem tutaj. Archiwum należy rozpakować w podkatalogu Template TMPGenca (np. C:\Program Files\TMPGEnc\Template). Po tej operacji „Project Wizzard” udostępni nam dodatkowe formaty (ilustracja), nic tylko eksperymentować.

Do celów porównawczych przygotowałem plik Steal This Film II kVCD.mpg korzystając z szablonu KVCD-CQ-352x576-_PAL_-PLUS. Zwiększenie rozdzielczości pionowej w porównaniu ze standardem zaowocowało wrażeniem lepszej ostrości obrazu, przy czym wielkość pliku zwiększyła się tylko nieznacznie.

Uwaga:
Z niezrozumiałych dla mnie powodów (być może po to, żeby bardziej „optymistycznie” oszacować rozmiary generowanych plików) w części szablonów nie uwzględniono ścieżki dźwiękowej. Nie jest to wielki problem, można uzupełnić konfigurację „ręcznie” (pod warunkiem, że się o tym pamięta), można też zmodyfikować szablon (to jest plik tekstowy).

Dygresja
Jeśli już teraz wpadł komuś do głowy pomysł, żeby przegrać zasoby domowej wideoteki z kaset VHS na płyty VCD (lub kVCD) – szczerze odradzam. Szumy taśmy analogowej są traktowane przez kodek jako szybko zmieniające się, drobne elementy obrazu, które należy zakodować. Efektem jest bardzo kiepska jakość (mnóstwo artefaktów). Jeśli mimo to ktoś chciałby spróbować, polecam włączenie filtru odszumiającego w TMPGEnc (Noise reduction) i ustawienie takich parametrów, przy których szumy znikną niemal całkowicie (ale drobne elementy obrazu znikną też).

Jeśli ktoś doczytał aż do tego momentu – moje gratulacje! Może się jednak okazać, że jeśli tylko mamy w miarę nowoczesny odtwarzacz stacjonarny (z obsługą DivX i Xvid) i nie mamy ambicji, żeby nasze płyty były kompatybilne z każdym odtwarzaczem, całe to Video CD możemy spokojnie odłożyć do lamusa. Znacznie lepszą jakość uzyskamy nagrywając po prostu na płytę nasz plik AVI (jako plik). Dobry odtwarzacz sobie z tym poradzi.

Robimy DVD

Tyle się rozpisałem o VCD, a czy nie dałoby się przypadkiem samodzielnie zrobić DVD? W końcu jakość obrazu z takiej płyty jest bez porównania lepsza. Owszem, da się, ale... nie pod Windows 98. Potrzebny jest specjalny program do przygotowywania DVD. Takich aplikacji jest całkiem sporo, zarówno darmowych, jak i komercyjnych, wszystkie jednak mają wspólną cechę: wymagają co najmniej Windows 2000 lub nawet XP. O takich zaś nie piszę, bo wielu bardzo dobrze zrobiło to przede mną.

Jeśli jednak mogę coś z tego miejsca nieśmiało zaproponować, to do pierwszych eksperymentów polecam DVD Flick. Program ten wprawdzie nie jest już rozwijany, ale ma minimalne wymagania systemowe i jest bardzo prosty w obsłudze. Szczególnie łatwo robi się w nim płyty DVD pozbawione menu startowego, co osobiście bardzo lubię: wkładam płytę do odtwarzacza i od razu rozpoczyna się odtwarzanie filmu, żaden wybór scen i inne takie „wynalazki” nie są mi potrzebne. Polecam jednak zadbać o to, żeby źródłowe pliki filmowe miały od razu właściwe proporcje obrazu (jeśli tak nie jest – przekodujmy). Korekta tego w DVD Flick daje zwykle efekty niezgodne z oczekiwaniami.

Mobilne video

Trzeba sobie jasno powiedzieć: współczesne urządzenia mobilne są w stanie odtworzyć niemal każdy plik video, w zasadzie nie ma więc o czym pisać. Ten blog dotyczy jednak starych komputerów, mam więc na myśli takie urządzenia mobilne jak Pocket PC, odtwarzacze MP-4 czy stare telefony z możliwością odtwarzania multimediów (które jeszcze nie nazywały się „smartfonami”). Dla takich urządzeń potrzebny jest stosunkowo niewielki strumień danych (żeby słaby procesor się „wyrobił”), mniej istotna jest natomiast jakość obrazu (niewielkie, o niskiej rozdzielczości wyświetlacze). Do tych właśnie zastosowań wymyślono format 3GP.
Przykładowy plik video o wysokiej (jak na 3GP) jakości przygotowałem (pod Windows XP) za pomocą programu Pazera Free Video to 3GP Converter. Parametry zostały ustawione jak na ilustracji. „Gotowiec” dla leniwych albo zapracowanych leży tutaj.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden, tyci, tyci problem. Na moim Pocket PC nie udało mi się uzyskać wyświetlania napisów z pliku tekstowego. Po długiej szarpaninie z konfiguracją odtwarzacza (TCPMP 0.81) postanowiłem w końcu obejść problem i wkopiować napisy do materiału filmowego, podobnie jak to zrobiłem w przypadku Video CD.

Rzecz jednak nie jest taka prosta: nie można użyć funkcji wyświetlania napisów ffdshow, bo Pazera 3GP Converter (a także np. Format Factory) ma własny zestaw kodeków i po prostu z niego nie skorzysta. Zdecydowałem się na kodowanie dwuetapowe: najpierw przygotowałem plik AVI z wkopiowanymi napisami, a następnie ten plik przekodowałem do 3GP.

Do przygotowania pliku pośredniego możemy wykorzystać na przykład program VirtualDub z zainstalowanym filtrem TextSub (będzie dostępny po zainstalowaniu VobSub). VirtualDub nie obsługuje niestety plików MOV, dlatego jako źródłowy wykorzystałem plik AVI przygotowany za pomocą Format Factory. Powoduje to oczywiście obniżenie jakości, ale po przekodowaniu do 3GP jakość i tak „poleci na łeb”, nie ma więc się czym przejmować.

Po wczytaniu pliku do VirtualDuba pora na konfigurację. Ścieżka dźwiękowa nie będzie modyfikowana, dlatego w menu „Audio” zostawiamy zaznaczenie przy „Direct stream copy”. W menu „Video” natomiast, gdzie powinna być zaznaczona opcja „Full processing mode” klikamy „Filters” i tu właśnie zaczyna się zasadnicza konfiguracja.

Najważniejsza sprawa: obraz z wkopiowanymi napisami nie powinien być w dalszym procesie kodowania przeskalowywany, gdyż czcionki stracą na czytelności. Zatem pierwszym filtrem, który dodamy, będzie „resize” i ustawimy rozmiar obrazu na 352 x 288.

Następnie dodajemy filtr TextSub i wczytujemy plik z napisami. Po zamknięciu okna przesuwamy suwak: w oknie z podglądem materiału wyjściowego powinny pojawić się napisy. Jest tylko jeden problem: TextSub nie obsługuje napisów w formacie TXT, proponuję więc posłużyć się plikiem w formacie SMI stąd.

Właściwie najlepiej byłoby teraz rozpocząć przekodowywanie („File” → „Save as AVI”), ale wtedy VirtualDub zapisze nasz film w pliku nieskompresowanym. To daje najlepszą jakość, ale potrzebujemy dużeeeeeego twardego dysku.

Aby uniknąć wygenerowania gigantycznego pliku otwieramy „Video” → „Compression”. Powinien być dostępny „ffdshow video codec”. Wybieramy go, klikamy „Configure” i ustawiamy parametry jak na ilustracji.
Duża wartość bitrate sprawi, że utrata jakości będzie stosunkowo niewielka, przy akceptowalnych rozmiarach pliku (warto poeksperymentować z tą wartością).
Teraz już możemy zapisać nasz pośredni plik AVI, a następnie przekodować go do docelowego formatu 3GP. Ponownie posłużyłem się programem pana Pazery. Ostateczny efekt możecie ocenić po pobraniu tego pliku, ale gorąco zachęcam do wygenerowania go samodzielnie.

Wycinamy reklamy

Jeśli materiałem wyjściowym do dalszej obróbki jest plik video zawierający reklamy, warto się ich pozbyć. Nie tylko zabierają czas i denerwują widza (zwłaszcza oglądanie starych reklam po kilku latach jest kompletnie bez sensu), ale przede wszystkim bardzo wydłużają czas przekodowywania, gdyż w zależności od wydajności procesora długość każdej reklamy mnoży się razy kilka lub kilkanaście.

Rodzi się pytanie: wycinać reklamy przed przekodowaniem pliku, czy też może po? Z uwagi na to, co napisałem powyżej, odpowiedź wydaje się jednoznaczna: przed. Jest jednak wyjątek od tej reguły: jeśli sprzęt, na którym dokonujemy operacji, jest na tyle mało wydajny, że nie jest w stanie płynnie odtworzyć źródłowego pliku (jak w przypadku mojego laptopa i pliku MOV w wysokiej rozdzielczości), próba jakiejkolwiek obróbki przed kodowaniem nie powiedzie się: program będzie „mulił” tak przeraźliwie, że nic się nie da zrobić. Lepiej wtedy przekodować całość do bardziej „strawnej” postaci (godząc się na dużo dłuższy czas operacji) i do dalszej obróbki wykorzystać plik wynikowy.

Do wykonania zadania wykorzystamy Avidemux. Po wczytaniu pliku źródłowego ustawiamy parametry kodowania wynikowego pliku („Copy” jeśli operację wykonujemy po przekodowaniu). Następnie ustawiamy kursor na ostatniej klatce kluczowej przed reklamą i klikamy „A”, po czym ustawiamy kursor na pierwszej klatce kluczowej za reklamą i klikamy „B”. Ważne jest, aby nawigować wyłącznie po klatkach kluczowych (inaczej cięcie nie będzie precyzyjne), do dokładnego ustawienia pozycji wykorzystujemy więc przyciski oznaczone na ilustracji czerwoną obwódką (a nie te ze strzałkami). No a co dalej? Skoro trzeba coś usunąć, to klawisz „Delete” na klawiaturze i gotowe! W ten sam sposób traktujemy wszystkie reklamy, po czym zapisujemy plik (czyli uruchamiamy przekodowanie).

Jeśli wszystko zostało dobrze zrobione, to podczas oglądania filmu widz nie ma prawa zauważyć, gdzie były reklamy.

Bardzo podobnie wykonuje się powyższe operacje w programie VirtualDub. Moim zdaniem ma on wygodniejszy interfejs: dwa okna podglądu dla materiału wejściowego i wyjściowego, przyciski przewijania do następnej sceny (identyfikacja sceny następuje na podstawie detekcji różnic pomiędzy sąsiednimi klatkami – nie zawsze działa niezawodnie), wygodniejsza konfiguracja, jednak mniejsza liczba obsługiwanych formatów plików wejściowych i częstsze występowanie braku synchronizacji obrazu i dźwięku ogranicza jego stosowanie.