czwartek, 4 listopada 2021

Acer Extensa 5630EZ i Linux (i dlaczego nie Windows 10)

Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek coś takiego napiszę! Ja, zadeklarowany dinozaur i „windziarz” piszę tekst wychwalający linuksa! No ale jak widać przyszła kryska na matyska.

Zaczęło się od tego, że odziedziczyłem po córce starego laptopa Acer Extensa 5630EZ, bo jej był potrzebny lepszy sprzęt do zdalnej nauki. Jak na dzisiejsze czasy laptop ten rzeczywiście nie imponuje: procesor Pentium Dual Core 2GHz (nawet nie Core 2 Duo!), 2GB RAM (powiększone, bo oryginalnie był 1 GB), zintegrowana grafika Intel, 230GB dysk twardy, wprawdzie SATA, ale wolny. Na komputerze był zainstalowany Windows XP Home. Powinien być co prawda Windows 7, ale w chwili gdy ten komputer był kupowany „siódemka” dopiero wchodziła na rynek i sporo programów nie działało poprawnie.

Skoro jednak laptop już trafił w moje ręce, postanowiłem zaktualizować system do Windows 10, upewniwszy się uprzednio na stronie internetowej producenta, że sprzęt jest kompatybilny z tym systemem. Jako że nadal jest to komputer córki i miał ewentualnie służyć jako rezerwowy (na przykład jak przyjedzie do domu i nie weźmie laptopa), przyjąłem założenie że zostanie zainstalowana najnowsza kompilacja Windows 10, oraz że system będzie automatycznie pobierał aktualizacje jak Microsoft przykazał. To był jednak pierwszy błąd.

Po instalacji okazało się, że Windows 10 jest zbyt „ciężki” dla tego sprzętu. Wprawdzie dał się zainstalować i uruchomić bez problemów, ale pobieranie i instalowanie aktualizacji trwało koszmarnie długo. Postanowiłem jednak wziąć na przeczekanie, a po zaktualizowaniu wszystkiego spróbować zoptymalizować system pod kątem uzyskania jak najlepszej wydajności. Udało się to do tego stopnia, że na komputerze dało się nawet w miarę sprawnie pracować, wprawdzie nie tak komfortowo jak pod XP, ale zawsze.

Pierwsze problemy pojawiły się po tym, jak komputer przeleżał tydzień nieużywany na półce (normalne, skoro miał służyć jako rezerwowy). Co robi Windows 10, jeśli włączy się komputer po dłuższym okresie nieużywania? Ściąga aktualizacje! W przypadku takiego sprzętu ma to jednak ten skutek, że na laptopie przez dłuższy czas (czasem nawet godzinę) nie dawało się nic sensownego robić, cały system był totalnie „zamulony”. Jako dinozaur i użytkownik starych systemów jestem przyzwyczajony do tego, że włączam komputer i na nim pracuję. Trudno mi było zaakceptować to, że muszę czekać aż szanowny Microsoft coś na moim sprzęcie zrobi.

Postanowiłem jednak dać systemowi jeszcze jedną szansę i spróbować zainstalować Microsoft Teams, żeby sprawdzić czy laptop będzie się nadawał jako rezerwowy do zdalnej nauki. Chcemy tego czy nie, szkoły i uczelnie przyjęły „Teamsy” jako narzędzie do zdalnego nauczania i użytkownik nie ma tu żadnego wyboru, nawet jeśli (jak ja) się z tym nie zgadza. Zainstalowanie „Teamsów” okazało się jednak porażką. Nie tylko że program totalnie „zabił” system, uruchamiał się koszmarnie powoli i nic się praktycznie nie dało zrobić, nawet logowanie do konta sprawiało problem, to w dodatku nawet nieuruchomiony pozostawiał swojego agenta, spowalniając pracę na komputerze w nieakceptowalnym stopniu.

Skoro jednak nie mogę mieć „Teamsów”, a jak się później okazało także inne rozbudowane programy sprawiały problemy, to po co mi w ogóle Windows 10? Może po prostu wrócić do wypróbowanego XP? Tak bym zrobił, gdyby to był mój podstawowy komputer. Jako wieloletni użytkownik Windows zgromadziłem ogromną bibliotekę oprogramowania na wszelkie możliwe okazje i odpowiada mi, że jak chcę na komputerze zrobić coś nowego, to w większości wypadków wystarczy mi sięgnąć na półkę. Poza tym ciągle używam programów (wybaczcie, nie napiszę jakich), które nie mają swoich odpowiedników dla innych systemów operacyjnych. Jednakże laptop ma służyć jako drugi komputer, do podstawowych, codziennych czynności (skoro do zdalnej nauki się nie nadaje), postanowiłem zatem dać kolejną szansę, jakiemuś systemowi z rodziny Linux. W końcu to mocniejszy sprzęt od tego na którym dotychczas robiłem tego typu próby, co stanowiło pewną obietnicę nowych doświadczeń.

Wybrałem dystrybucję MX Linux 19.4, gdyż z tą rodziną systemów miałem już do czynienia i wiedziałem, że mogę się spodziewać dobrej wydajności, ciekawego zestawu zainstalowanych aplikacji oraz wygodnego, sprawnego interfejsu. W odróżnieniu od poprzednich prób wybrałem wersję 64-bitową, gdyż zainstalowany w laptopie procesor jest (już) 64-bitowy.

Zainstalowałem system i... rewelacja! Nie tylko, że laptop pod kontrolą MX Linux 19.4 po prostu działa i to działa sprawnie! Nawet multimedia są obsługiwane z wystarczającą wydajnością. W dodatku podczas instalacji wykryte zostały i są obsługiwane prawie wszystkie komponenty sprzętowe laptopa, łącznie ze slotem PC Card (który działał pod XP a nie chciał działać pod Windows 10) i klawiszami specjalnymi na klawiaturze (działa zmiana jasności, regulacja głośności, przełączanie monitorów a nawet wywoływanie przeglądarki internetowej i programu pocztowego odpowiednimi klawiszami). Jednym słowem, MX Linux zachowuje się tak, jakby był specjalnie stworzony dla tego laptopa, choć przecież nie jest. Nie chcę tutaj odwoływać tego, co wcześniej pisałem o linuksie: nawet na tym komputerze Linux nie pracuje wydajniej niż Windows XP. Pracuje jednak z bardzo dobrą wydajnością, bijąc na głowę Windows 10 i jeśli chcemy mieć nowoczesny system operacyjny na wiekowym sprzęcie, to właśnie taki.

Początkowo system MX Linux był zainstalowany na odrębnej partycji dyskowej, obok Windows 10. Chciałem sprawdzić jak się będzie sprawował, nie odcinając sobie jednocześnie drogi odwrotu. Po pewnym okresie użytkowania skończyło się jednak na tym, że partycje z Windows 10 zostały całkowicie usunięte. Przynajmniej na tym laptopie MX Linux zostaje i rządzi!

niedziela, 18 lipca 2021

Windows XP a Telegram

Wprawdzie jako dinozaur nie jestem wielkim zwolennikiem komunikatorów, ale o jednym z nich – Telegramie postanowiłem napisać, nie tylko z powodu jego zalet, o których więcej można sobie poczytać tutaj: https://telegram.org/?setln=pl, ale przede wszystkim dlatego, że jest dostępny również na starych komputerach z systemem operacyjnym Windows XP.

Powiecie – jak to: przecież minimalne wymagania dla aplikacji Telegram Desktop to Windows 7! Tak, ale od czegóż jest Telegram Web? Okazuje się, że ta przeglądarkowa wersja Telegrama, choć bardzo ograniczona funkcjonalnie (właściwie tylko do czatu), działa w przeglądarce Pale Moon, a także w kompilacjach New Moon i MyPal, przystosowanych do XP. Właściwie, to działała do niedawna.

Niestety Telegram wypuścił dwie nowe wersje aplikacji przeglądarkowej: jedną oznaczoną literą „k”, drugą – „z” (https://web.telegram.org/k/ oraz https://web.telegram.org/z/). Piszę „niestety”, bo wersje te wnoszą niewiele więcej niż „odświeżony” wygląd, a nie działają poprawnie w przeglądarce Pale Moon (również tej oryginalnej, pod Windows 10), wymagając nowej wersji Chrome, Firefoksa lub Opery (tej ostatniej nie testowałem). Nie pomagają tu żadne „sztuki” w rodzaju podmiany user agent string, o czym kiedyś pisałem w odniesieniu do serwisów bankowych. Co więcej, nawet jeśli ktoś miał skonfigurowanego (zapisanego w zakładkach) Telegrama pod adresem https://web.telegram.org, to teraz zostanie bez pytania przekierowany na wersję „k”.

Aktualizacja 19.06.2024
Dzięki przeglądarce Supermium, Telegram Web (https://web.telegram.org/) stał się znowu dostępny dla komputerów z Windows XP. Przeglądarkę opisałem tutaj: https://mirekcpl.blogspot.com/2024/06/supermium-killer-chinskich-przegladarek.html. Miłego telegramowania.

A tak na marginesie: po co w ogóle Telegram na desktopie? Przecież jedną z najistotniejszych cech komunikatorów jest możliwość korzystania z nich na urządzeniach mobilnych, przez co są dostępne w każdym miejscu i czasie! Odpowiem jak dinozaur: po pierwsze, wcale nie chcę być dostępny dla innych w każdym miejscu i czasie, a po drugie bardzo nie lubię pisania na klawiaturze wirtualnej. Podziwiam młodych, którzy posługują się taką klawiaturą „aż furczy” (właściwie to nic nie furczy, przecież klawiatura wirtualna jest bezgłośna), ale naśladować ich nie będę. Dlatego jeśli dostaję na smartfonie powiadomienie z Telegrama, jeśli tylko mogę, uruchamiam komunikator na desktopie i wtedy mogę „czatować”.

niedziela, 4 października 2020

Lexmark 1000 – reaktywacja starej drukarki

Tym razem postanowiłem napisać nieco o starej drukarce, którą niedawno wyciągnąłem ze strychu, gdzie przeleżała kilkanaście lat. Właściwie trudno tu mówić o „reaktywacji”, bo drukarka cały czas była sprawna. Na strych trafiła z jednego powodu: nie można kupić pasujących do niej kartridży z atramentem, gdyż nie są już od dawna produkowane. Niedawno jednak znalazłem na popularnym serwisie aukcyjnym „nowy” oryginalny tusz kolorowy do tej drukarki w cenie 1 zł i postanowiłem spróbować uruchomić mój zabytek. Wprawdzie po doliczeniu kosztów przesyłki okazało się, że tak naprawdę muszę zapłacić 15 zł, ale i tak go kupiłem. Czy było warto? Mnie się wydaje że tak, ale oceńcie sami.

Na początek jednak kilka słów o samej drukarce. Jest to model Lexmark 1000 Color Jetprinter wyprodukowana prawdopodobnie w 1997 roku. Ja ją kupiłem rok później na jakiejś bazarowej wyprzedaży. W swoim czasie była to tania drukarka atramentowa przeznaczona przede wszystkim do zastosowań domowych. O takim przeznaczeniu świadczy między innymi fakt, że używa kartridży czarnych (13400HC) i kolorowych (13619HC), ale… zamiennie! Po założeniu czarnego tuszu można drukować tylko w odcieniach szarości, a po założeniu kolorowego – czerń jest uzyskiwana przez nakładanie kolorów (i oczywiście nie jest idealna). Nieużywany w danej chwili nabój można umieścić w specjalnym uchwycie z tyłu drukarki. Urządzenie łączy się z komputerem poprzez interfejs równoległy Centronics, kiedyś najpopularniejsze złącze do obsługi drukarek, obecnie prawie
już nie spotykane. Nominalna rozdzielczość drukarki to według dokumentacji 600 dpi, ale moim zdaniem jest to wartość interpolowana. Rozdzielczość sprzętowa to najprawdopodobniej 300 dpi.

Po zakupieniu naboju wyciągnąłem ze strychu drukarkę, zainstalowałem kartridż, podłączyłem do komputera i zainstalowałem sterowniki. Tutaj jednak uwaga: potrzebny jest komputer posiadający złącze równoległe (u mnie HP Workstation xw6000, opisany tutaj) oraz system operacyjny ze sterownikami dla takiego zabytku, w moim przypadku Windows XP. Pierwsza próba wydrukowania strony testowej zakończyła się fiaskiem. Nabój był całkowicie zaschnięty i na papierze nie pozostał żaden ślad wydruku. Tyle, że ja właśnie na to liczyłem! Znacznie gorzej byłoby, gdyby miał wymieszane kolory, co w przypadku przeterminowanych kartridży jest równie częstym zjawiskiem.

Chciałbym tutaj jeszcze raz podkreślić: nie jest możliwe kupienie sprawnego naboju 13400HC czy 13619HC, choć zdarzają się oferty „nowych” produktów. „Nowy” w tym przypadku może oznaczać jedynie „nieużywany”, ale za to przechowywany co najmniej kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat. Taki kartridż po prostu nie może być sprawny.

Ja jednak dokonałem zakupu świadomie. Przez lata używania drukarek atramentowych doszedłem do dość dużej wprawy w samodzielnej regeneracji kartridży (nigdy nie kupowałem drukarki atramentowej z myślą o używaniu wyłącznie nowych, oryginalnych tuszy), w dodatku z dawnych czasów został mi specjalny klucz do zdejmowania „kapturka” naboju 13619HC (w celu odsłonięcia otworów do napełniania) oraz klips regeneracyjny do odciągania nadmiaru tuszu i udrażniania głowic. Miałem też dedykowany atrament do drukarek Lexmark, wprawdzie do nowszych modeli (pozostał mi po drukarce Z25, która „padła”), ale byłem pewny, że będzie pasował. Rzeczywiście: po kilkakrotnym przepłukaniu naboju ciepłą wodą w celu usunięcia złogów starego atramentu (tu właśnie przydaje się klips) i napełnieniu świeżym tuszem, strona testowa wydrukowała się poprawnie i wyglądała tak, jak zapamiętałem z dawnych czasów.

Pora na wrażenia z eksploatacji. Po pierwsze, urządzenie drukuje naprawdę baaaardzo wolno. Przez lata nieużywania zdążyłem się już od tego odzwyczaić. Obecnie moją główną drukarką jest HP DeskJet 1050, też nie demon szybkości, mimo to różnica jest kolosalna. Dość powiedzieć, że strona testowa Windows XP drukowała się na Lexmarku 115 sekund, a na HP – 17 sekund. Druga sprawa, to jakość druku. Przy używaniu naboju kolorowego wyraźnie brakuje pigmentowej czerni. Druk jest jakby „zszarzały”, czasem z lekkim podbarwieniem (zależy to od jakości tuszu użytego do napełniania). Litery są dość „grube”, a ich kontury rozmyte. Wynika to stąd, że otwory dysz drukujących są dużo większe, niż stosowane we współczesnych drukarkach. Pomimo tego jakość drukowania tekstu jest wystarczająca do typowych zastosowań domowych czy nawet urzędowych. Jeśli nie potrzebujemy koloru, to można ją jeszcze znacznie poprawić (i dodatkowo przyspieszyć drukowanie) używając naboju czarnego. No a co z kolorem? Nie ma się co łudzić: fotograficznej jakości tutaj nie uzyskamy. Odcienie kolorów budowane są z „grubych” punktów (patrz powiększony obraz okna Windows ze strony testowej) wyraźnie widocznych z bliskiej odległości. Jednakże do wyróżniania fragmentów tekstu czy grafiki biznesowej taki kolor może wystarczyć, a i zdjęcie wydrukowane w większym formacie (np. A4) i oglądane z pewnej odległości wygląda

przyzwoicie. Wydaje mi się, że jeśli ktoś potrzebuje od czasu do czasu wydrukować jedną lub najwyżej kilka stron (a takie właśnie jest przeznaczenie Lexmarka 1000), nawet tak stara drukarka może się jeszcze przydać.

Dla kogoś samodzielnie napełniającego kartridże, Lexmark 1000 ma jeszcze inne zalety. Kartridże mają stosunkowo dużą pojemność, duże otwory dysz drukujących sprawiają, że nie są podatne na zasychanie i dobór atramentu nie jest krytyczny (czarne naboje 13400HC napełniałem kiedyś atramentem do wiecznych piór marki Pelikan, i też działały), no i najważniejsze: absolutnie żadnych zabezpieczeń przed ponownym napełnianiem. Żadnych chipów, liczników, blokad i innych takich. Dzisiaj to brzmi jak bajka, prawda?

No dobrze. Mamy jednak koniec roku 2020, komputerów z portem równoległym i systemem Windows XP prawie nikt już nie używa, czy można więc wydrukować coś na takiej drukarce, mając do dyspozycji, dajmy na to, laptopa z najnowszą kompilacją Windows 10 (na którym piszę te słowa)? Otóż można, pod warunkiem że mamy inny komputer zdolny obsłużyć drukarkę i skonfigurowaną sieć komputerową. Na serwerze drukarki (tak to nazwijmy) trzeba skonfigurować i udostępnić w sieci wirtualną drukarkę postscriptową (jak to zrobić opisałem tutaj), a na komputerze z Windows 10 połączyć się z nią używając sterownika drukarki obsługującej PostScript, o czym tutaj. Mała uwaga: w stworzonym dwa lata temu opisie zaproponowałem użycie sterownika „HP Color LaserJet CP4005 PS Class Driver”. Kiedy niedawno spróbowałem powtórzyć procedurę na laptopie z najnowszą (w chwili gdy piszę te słowa) kompilacją Windows 10 wersja 2004 okazało się, że tego sterownika… nie ma, bo Microsoft usunął go z serwisu Windows Update! Proponuję zatem sterownik „HP Color LaserJet 2800 Series PS”, a tak nawiasem mówiąc to wkurza mnie, że używam czegoś a za dwa lata tego nie mam, bo ktoś w Microsofcie stwierdził, że mi niepotrzebne!

piątek, 22 maja 2020

Stary Pocket PC – nowa nawigacja

Aktualizacja 13.07.2022

Opisany poniżej program Navigator Free dla pocket PC jest nadal rozwijany i właśnie ukazała się wersja 22.0.1. Niestety ta wersja nie działa na moim Mio 168: wprawdzie program się uruchamia, ale nie widzi mapy. Prawdopodobnie jest to spowodowane zbyt małą pamięcią mojego urządzenia i/lub zbyt starą wersją Windows Mobile. Jeśli ktoś może przetestować na nowszym urządzeniu, to będę wdzięczny za komentarz.

Mapa Polski się rozrosła, została podzielona na trzy regiony i już nie pasuje do opisywanej w tym artykule wersji 17.0.0 Navigatora. Poniższy opis proszę zatem traktować jako archiwalny. Jeśli jednak byłby ktoś zainteresowany przetestowaniem, to mogę gdzieś wrzucić ostatnią działającą mapę Polski (8.12.2021). Proszę dać znać w komentarzu.

Długo się zastanawiałem, czy w ogóle o tym pisać. Kiedy po raz pierwszy wspomniałem na tym blogu o Pocket PC (w 2015 roku, ale wpis jest jeszcze starszy bo w międzyczasie zmieniałem platformę blogową), urządzenia te, chociaż od kilku lat niewspierane przez producentów sprzętu i oprogramowania, były jeszcze używane i dostępne na rynku wtórnym za stosunkowo małe pieniądze. Czy jednak warto o nich pisać po kolejnych pięciu latach, kiedy znakomita większość po prostu się zużyła (choćby dlatego, że baterie nie są wieczne a wymiana nie bardzo się opłaca), zaś nawigację GPS oferuje prawie każdy smartfon, nawet taki z najniższej półki? Ostatnio jednak przeglądając oferty na Allegro natrafiłem na sprawne urządzenie Mitac Mio 168, czyli takie jak moje, za skromne 32 zł (z wysyłką). Jeśliby dało się je w dzisiejszych czasach wykorzystać do nawigacji samochodowej, to moim zdaniem warto się zastanowić. W końcu na smartfon zawsze może ktoś zadzwonić i zakłócić nam nawigowanie w kluczowym momencie. Poza tym jeśli nie napiszę tego teraz, to już zapewne nigdy, a więc do rzeczy.

Przede wszystkim potrzebny jest Pocket PC z modułem GPS. Najlepiej wbudowanym, jak wspomniany Mio 168, ale były też takie z modułem GPS umieszczonym w uchwycie samochodowym, montowanym w gnieździe na kartę pamięci, podłączanym przy pomocy kabla lub nawet przez Bluetooth. Jeśli dysponujemy czymś takim (mój Mio 168 jeszcze działa) albo możemy kupić za niewielkie pieniądze (dużo poniżej ceny używanego smartfona, inaczej się nie opłaci), to mamy dobry początek.

Przydałby się jeszcze program do nawigacji i mapy. Kilka lat temu sprawa była prosta, bo na Pocket PC działało prawie wszystko: Automapa, MapaMap, Navigo, AutoPilot, że wymienię tylko te popularne w Polsce, ponadto oprogramowanie dołączane przez producentów urządzeń (jak Mio Map) i wiele, wiele innych. Dzisiaj jednak prawie wszyscy producenci oprogramowania porzucili platformę Pocket PC. Można wprawdzie zainstalować stary program, ale co z tego: stary program to stare mapy, a infrastruktura drogowa zmienia się ostatnio dość szybko, nie wspominając już o takich „drobiazgach” jak organizacja ruchu. Używanie starych map jest więc co najmniej niewygodne, jeśli nawet nie wpędzi nas w o wiele poważniejsze kłopoty.

Czyżby zatem definitywny koniec? Otóż nie. Z producentów oprogramowania nawigacyjnego na Pocket PC pozostał jeden – czeska firma MapFactor i jedna aplikacja, w dodatku darmowa i z mapami dla całego świata – Navigator Free. Program jest w dalszym ciągu rozwijany, aktualna wersja (w chwili gdy piszę te słowa) dla Pocket PC to 19.3.0. Można go pobrać stąd: http://download.mapfactor.com/NavigatorFree_install.exe. Pobrany plik należy zainstalować na komputerze PC z systemem Windows (obsługiwane są wszystkie wersje od XP do 10) i przy jego pomocy zainstalować nawigację na urządzeniu przenośnym. Wersja darmowa bazuje na wolnych mapach OpenStreetMap tworzonych i aktualizowanych przez użytkowników z całego świata. Istnieje również wersja komercyjna, bazująca na doskonałych mapach TomTom, ale nie będę namawiał do zakupu dosyć kosztownego oprogramowania na starą platformę sprzętową.

Na temat samej instalacji i konfiguracji nie będę się rozpisywał, gdyż wyszedłby z tego mały podręcznik. Wskazówki można znaleźć w internecie. Wspomnę tylko, że ważne jest prawidłowe skonfigurowanie modułu GPS. W większości wypadków zostanie on wykryty automatycznie, niekiedy jednak trzeba będzie wyjść na zewnątrz budynku, żeby GPS prawidłowo odebrał sygnały z satelitów. Jeśli chodzi o eksploatację, to na słabszych urządzeniach (takich jak Mio 168 czy Acer n35) polecam wyłączyć tryb 3D i szczerze zalecam przejrzenie wyznaczonej trasy przed wybraniem opcji „nawiguj”. No cóż: darmowe mapy z reguły są dokładne, ale zdarzają się błędy, zaś algorytm wyznaczania trasy też czasami działa dziwnie.

No dobrze: zainstalowaliśmy i skonfigurowaliśmy oprogramowanie, wyznaczamy trasę i jazda! Nie do końca. Okazało się, że na moim urządzeniu przy wyznaczaniu jakiejkolwiek dłuższej czy bardziej skomplikowanej trasy pojawia się komunikat błędu. Nie pomaga zalecane przejrzenie trasy w poszukiwaniu nieprzejezdnych odcinków, sprawdzenie wyjazdu z miejsca startu i dojazdu do celu, zmiana parametrów pojazdu (w tej wersji ustawia się tam również parametry dróg) i tak dalej. Kontaktowałem się w tej sprawie z producentem (chcieli ze mną gadać – znajdźcie mi drugą firmę, która daje wsparcie dla darmowego oprogramowania) i stwierdzili, że u nich problem nie występuje. Prawdopodobną przyczyną jest zbyt mała pamięć w moim Pocket PC. Kłopoty pojawiły się po aktualizacji do wersji 18.0.0 programu i występują z różnym nasileniem we wszystkich nowszych wersjach aż do aktualnej. Próbowałem przeczekać w nadziei że w końcu błąd zostanie usunięty – nic z tego. Prawdopodobnie do testowania oprogramowania wykorzystywane są mniej zabytkowe urządzenia.

Rozwiązaniem jest powrót do wersji 17.x (bez problemu współpracuje ona z najnowszymi mapami), jednak nie jest to proste. Instalator, niezależnie od wersji, zawsze pobiera z serwerów najnowsze oprogramowanie. Jak więc wybrnąć z sytuacji? Poniżej podaję instrukcję „krok po kroku”.
  • Pobieramy i instalujemy na komputerze PC Navigator 19 Setup Utility w aktualnie dostępnej wersji.
  • Wybieramy „Zainstaluj aplikację”, następnie „Zainstaluj Pocket Navigator”, „AutoPilot lub urządzenie Windows Mobile” i wreszcie „Przygotuj instalację na lokalnym dysku”. Wskazujemy jakiś uprzednio przygotowany pusty katalog lub tworzymy nowy i uruchamiamy instalację. Chodzi o to, żeby instalator pobrał z serwera oprogramowanie i zaznaczył sobie, że je pobrał. Na tym etapie nie instalujemy do urządzenia, bo zainstaluje się najnowsza wersja (chyba, że właśnie o to nam chodzi). Po wykonanej operacji zamykamy instalator. 
  • Pobieramy plik instalacyjny pocket_navigator.cab wersji 17.0.0 (taka się zachowała w moich archiwach) stąd: http://chomikuj.pl/mirekc/Freeware/Pocket+PC/pocket_navigator,7244659887.cab(archive). 
  • Teraz musimy podmienić instalatorowi ściągnięty przez niego plik pocket_navigator.cab na pobrany przez nas plik w starszej wersji. W tym celu musimy odnaleźć katalog, w którym ten plik jest przechowywany. Na moim komputerze z Windows XP jest to:
          C:\Documents and Settings\All Users\Dane aplikacji\Navigator\x.y\Install

    W miejsce x.y może być wstawiony numer konkretnej wersji. Pod Windows 10 szukać należy czegoś takiego:

          C:\ProgramData\Navigator\x.y\Install

    gdzie x.y jak wyżej. Jeśli odnalezienie katalogu sprawia trudności można uruchomić wyszukiwanie i podać nazwę pliku: pocket_navigator.cab.
     
  • Uruchamiamy ponownie instalator i instalujemy program nawigacyjny oraz mapy na urządzeniu. W celu zaoszczędzenia pamięci wszystko instalujemy na karcie SD lub CF, w zależności od interfejsu jakim dysponuje nasz Pocket PC. Można też instalować bezpośrednio na karcie pamięci przy pomocy czytnika. Powinna się zainstalować wersja 17.0.0. 
  • Kiedy pojawią się aktualizacje, instalujemy na urządzeniu tylko nowe mapy, nie zmieniając wersji oprogramowania.
W ten sposób nawet bardzo stary Pocket PC z modułem GPS, dysponujący niewielką pamięcią (w moim przypadku to tylko 64 MB), możemy przekształcić w pełnowartościowe urządzenie do nawigacji z całkiem przyzwoitym oprogramowaniem (choć może nie dorównującym najlepszym współczesnym aplikacjom) i aktualnym zestawem map. Szerokiej drogi!

Na koniec dobra informacja dla posiadaczy starszych dedykowanych nawigacji z systemem operacyjnym Windows CE. Nie wyrzucajcie ich! MapFactor obsługuje również takie urządzenia! Wystarczy tylko nawigację odblokować (opisy można znaleźć w internecie), żeby można było zainstalować oprogramowanie innego producenta.


A co z właścicielami nowoczesnych smartfonów i tabletów? Chcecie mieć nawigację offline nie pożerającą limitu transferu internetowego i działającą na całym świecie za darmo? Polecam wypróbować MapFactor Navigator Free. Być może to aplikacja również dla Was.

wtorek, 31 grudnia 2019

Stary komputer – nowy system operacyjny? Niekoniecznie


              No i stało się! Postanowiłem na moim starym HP Workstation xw6000 (specyfikacja tutaj) wymienić Windows XP na Windows 10. Głównie dlatego, że stareńki XP zaczyna już sprawiać pewne problemy jeśli chodzi o współpracę z innymi systemami (z takim jednym firewall-em chciałem zestawić VPN), serwisami WWW (stare przeglądarki nie zawsze sobie radzą), komunikatorami (większość już nie działa), czy serwisami komercyjnymi (IPLA nie działa, nowy klient Spotify – też itd.). W dodatku w związku z zakończeniem wsparcia dla Windows 7 pojawiły się w sklepach internetowych różne promocje, dzięki którym zdobycie licencji na Windows 10 może nie kosztować ponad 500 zł, a znacznie mniej.

              Na stronach Microsoftu odnalazłem wymagania dla nowego systemu, które okazały się całkiem łagodne: procesor 1 GHz, 2 MB RAM, dysk twardy 16 GB... Stwierdziłem, że mając do dyspozycji dwa procesory 2,8 GHz (wprawdzie tylko 32-bitowe), 2 MB RAM i partycję dyskową 32 GB powinienem 32-bitową wersję Windows 10 zainstalować bez problemu. No to do dzieła!

              Pobrałem obraz ISO nośnika Windows 10 32-bit edycja 1909 (polska), wypaliłem płytę DVD (32-bitowy obraz jeszcze się mieści na „zwykłej” płycie), włożyłem do napędu i uruchomiłem komputer. Pięknie: pojawiło się charakterystyczne logo Windows 10, komputer zaczął coś tam czytać z płyty i... restart! Po ponownym uruchomieniu z płyty – ponowny restart i tak bez końca. Pierwsze o czym pomyślałem, to że płyta jest jakaś wadliwa. Może obraz źle pobrany, albo źle nagrany... ale spróbowałem z niej wystartować trochę nowszego laptopa Lenovo z procesorem Pentium Dual Core i instalator uruchomił się normalnie. Zatem płyta dobra. Spróbowałem jeszcze raz na składaku z procesorem Pentium 4 2,4 GHz i zachował się podobnie jak xw6000. No to zacząłem szukać.

              Przeglądając internet natknąłem się na informację (ale nie na stronach Microsoftu), że wprawdzie minimum dla Windows 10 to procesor 1 GHHz, ale obsługujący technologie PAE, NX i SSE2. No właśnie: NX (od no execute), a w wydaniu Intela – XD-bit. Rzecz w tym, że ta technologia pojawiła się w procesorach Intel Pentium 4 w 2004 roku (technologia Prescott), a w procesorach Intel XEON – jeszcze dwa lata później. Tymczasem moje XEON-y w xw6000 to Presconia, a Pentium 4 w składaku – Northwood, wszystkie wypuszczone na rynek w 2002 roku. Tak więc na moim xw6000 Windows 10, nawet 32-bitowy, „nie pójdzie”. Szkoda tylko, że Microsoft nie sprecyzował dokładniej wymagań sprzętowych dla swojego systemu. Może nikt nie przypuszczał, że ktoś będzie próbował stawiać nowy Windows na „pełnoletnich” procesorach, jednak to dość marne wytłumaczenie.

              No a gdyby zainstalować system operacyjny spoza rodziny Windows? Na przykład Linux? Powiem tak: Linux (MX Linux 18) jest zainstalowany na moim komputerze, na oddzielnej partycji dyskowej i działa, jednak bardzo rzadko go uruchamiam. Dlaczego? Bo w typowych zastosowaniach „desktopowych”, a zwłaszcza przy obsłudze multimediów, jest mniej wydajny niż Windows XP, zaś dla tego ostatniego mam mnóstwo nazbieranych programów praktycznie do wszystkich interesujących mnie zastosowań. Poza tym problemy z VPN-em udało się obejść, znalazłem przeglądarkę działającą pod XP i całkiem dobrze radzącą sobie ze współczesnymi serwisami WWW (zainteresowanych odsyłam tutaj), komunikatory mnie nie bardzo interesują (zbyt absorbujące) a bez IPLI się obejdę (zresztą pod Linuksem też trzeba stosować „sztuczki”, żeby działała). Tak więc nie mam motywacji. Na pewno prędzej czy później zostanę zmuszony do porzucenia mojego XP (choćby dlatego, że nie będzie już ochrony antywirusowej, czy pojawią się nowe usługi z których będę chciał korzystać), ale czy wtedy będzie jeszcze jakaś dystrybucja Linuksa działająca na moim sprzęcie? Pożyjemy, zobaczymy. W każdym razie nie po raz pierwszy okazało się, że lepsze jest wrogiem dobrego.

sobota, 28 grudnia 2019

Jaki antywirus dla Windows XP?


              Bezpośrednią inspiracją do napisania tego tekstu było zdarzenie sprzed kilku dni, kiedy to coś mi odbiło (szczegóły nie należą do tematyki tego bloga) i postanowiłem wymienić na moim komputerze z Windows XP (HP Workstation xw6000, dokładniejsza specyfikacja tutaj) dotychczas używany, darmowy program antywirusowy na komercyjną wersję McAfee Internet Security 3. W końcu w wielu internetowych publikacjach produkt McAfee pojawia się wysoko na liście rekomendowanych nie tylko dla tego systemu operacyjnego, ale dla Windows w ogóle.

              Efekt był taki: po bezproblemowej instalacji zauważyłem znaczne spowolnienie systemu, dłużej otwierały się aplikacje i wolniej reagowały na podejmowane działania, ale postanowiłem „wziąć na przeczekanie”, gdyż w przypadku wielu produktów antywirusowych po początkowym spowolnieniu wynikającym z odbywającego się w tle wstępnego skanowania, obliczania sygnatur plików, indeksowania i tym podobnych czynności komputer odzyskuje (w większym lub mniejszym stopniu) dawną sprawność. Tym razem jednak tak się nie stało, a „gwoździem do trumny” okazała się sytuacja, gdy chciałem zaktualizować jeden z zainstalowanych wcześniej programów (Macrium Reflect, nawiasem mówiąc bardzo polecam do robienia kopii bezpieczeństwa). W tej sytuacji system prawie stanął, zaś aktualizacja trwała wielokrotnie dłużej niż normalnie.

              Zacząłem rozumieć użytkowników narzekających na tragiczną wydajność systemu Windows XP, a nawet migrujących na Linuksa, chociaż podczas moich prób Linux nigdy, ale to naprawdę nigdy nie wykazał na tym samym sprzęcie przewagi wydajnościowej nad Windows XP w typowych zastosowaniach desktopowych (a o serwerach ten blog nie traktuje). Zaznaczam przy tym, że testowałem dystrybucje należące do głównego nurtu, a nie minidystrybucje wyposażone w zestaw specjalnie dobranych, „lekkich” (i ograniczonych funkcjonalnie) programów, które natychmiast tracą swój „minimalizm” w przypadku zainstalowania „pełnowymiarowych” aplikacji.

              No dobrze: ale to przecież nie jest „wina” systemu operacyjnego, tylko antywirusa! Może w takim razie w ogóle go nie instalować? Znam (głównie z komentarzy na forach internetowych) „twardzieli” używających Windows bez zabezpieczenia antywirusowego, ale sam do nich nie należę. Jaki zatem program wybrać, aby nie stracić (albo stracić bardzo niewiele) na wydajności systemu, zwłaszcza że Windows XP działa zwykle na bardzo leciwym sprzęcie? Wydaje mi się, że w chwili obecnej jedynym sensownym rozwiązaniem jest zainstalowanie programu wykorzystującego chmurę obliczeniową. „Klasyczne” antywirusy stały się zbyt rozbudowane i skomplikowane, żeby słaby sprzęt mógł sobie z nimi poradzić. Wyjątek – na koniec. Poniżej przedstawiam swoje propozycje. Wszystkie te programy wypróbowałem osobiście, zaznaczam jednak, że nie przeprowadzałem i nie będę przeprowadzał żadnych badań skuteczności. W każdym razie przy w miarę (mam nadzieję) rozsądnym używaniu komputera (fani pornhuba nie powinni w ogóle używać Windows XP, a jeszcze lepiej – jakiegokolwiek Windows, a najlepiej – komputera) żadnego robala dotychczas nie złapałem. Wszelkie moje uwagi należy jednak traktować jako bardzo subiektywne, niczego nikomu nie gwarantuję.



              Produkt hiszpańskiej firmy Panda Security plasuje się w czołówce większości niezależnych testów oprogramowania antywirusowego pod względem wykrywalności zagrożeń. Jest przy tym zdumiewająco „lekki” – w stanie spoczynku obciążenie procesora waha się od zera do kilku procent. U mnie jednak Panda zaliczyła „wpadkę”: zdarzyło się, że po pewnym czasie używania programu obciążenie procesora nagle „skoczyło” do bardzo wysokiej wartości, aby następnie spaść do normalnego poziomu po zaktualizowaniu się programu. Kiedy po jakimś czasie „zabawa” powtórzyła się po raz drugi – wymieniłem Pandę na inny program, bardziej przewidywalny w zachowaniu. Nie wiem, czym było spowodowane takie działanie Pandy, być może były to jakieś przejściowe problemy. W każdym razie uważam, że ten produkt jest na tyle dobry, że zasługuje na kolejną szansę.


              Antywirus chińskiego producenta Quihoo wzbudza wiele kontrowersji: od entuzjastycznych opinii po posądzenia o oszustwo. Nie tylko dlatego że jest chiński, ale również dlatego, że w początkowym okresie zaliczył kilka spektakularnych „wpadek”, jak oszukiwanie w testach czy umieszczenie wirusa na liście zaufanych plików. Mamy jednak koniec roku 2019, produkt okrzepł, doczekał się polskiej strony internetowej i można przypuszczać, że błędy młodości ma już poza sobą. Cóż z tego, skoro pojawiły się nowe: w aktualnej wersji dodano (nie wiem po co) moduł wyświetlający wiadomości i reklamy. Program jest jednak bardzo „lekki” (nawet wiadomości go nie obciążyły), zaś korzystanie oprócz własnego silnika skanującego z silników Aviry i BitDefendera wydaje się obiecywać wysoką wykrywalność zagrożeń. Dodatkowe zabezpieczenie polega na tym, że w przypadku gdy jakikolwiek proces próbuje modyfikować lub instalować biblioteki dll, zapisywać cokolwiek w folderach systemowych, rejestrze, czy modyfikować ustawienia systemu, pojawia się ostrzeżenie antywirusa z możliwością zablokowania takiego działania. Bywa to uciążliwe przy instalacji nowego oprogramowania, jednak jednocześnie daje pewność, że jakiekolwiek nieuprawnione działanie w systemie nie przejdzie niezauważone. Pewność względną: 360 Total Security nie jest programem dla użytkowników, którzy mają zwyczaj potwierdzania wszystkiego bez czytania treści komunikatu.


              SecureAPlus jest na tyle popularny, że na wielu forach w internecie, jeśli tylko jest mowa o poszukiwaniu „lekkiego” programu antywirusowego pojawia się sugestia: „zainstaluj SecureAplus”. Rzeczywiście: obciążenie systemu operacyjnego generowane przez ten program jest minimalne, zaś korzystanie w chmurze z kilkunastu silników skanujących zapewnia dużą skuteczność wykrywania zagrożeń. W dodatku program może, co jest wyjątkiem, współpracować na tym samym komputerze z innym systemem antywirusowym, stanowiąc jego uzupełnienie. Jednakże jest to program specyficzny. Blokowanie niepożądanego oprogramowania odbywa się głównie w oparciu o „białe” i „czarne” listy, zaś skanowanie przy pomocy silników antywirusowych służy jedynie wygenerowaniu sugestii (niekiedy bardzo mocnej sugestii), co zrobić z danym plikiem. Ponadto oprogramowanie kieruje się zasadą „najpierw blokuj”, co z jednej strony zabezpiecza przed działaniami wykonywanymi w tle przez szkodliwe oprogramowanie, z drugiej jednak – bywa uciążliwe gdy sami chcemy coś zainstalować lub zmodyfikować w systemie. Na pewno nie jest to oprogramowanie typu „zainstaluj i zapomnij”.


              ClamWin to w pełni darmowy (również do zastosowań komercyjnych) program antywirusowy dla Windows rozwijany na zasadach open source. Oparty jest o znany z systemów linuksowych silnik skanujący ClamAV i kompatybilny z jego bazami danych. Niestety jego wadą jest brak ochrony w czasie rzeczywistym. Lukę tę próbuje wypełnić właśnie ClamSentinel, którego zadaniem jest wykrywanie zmian w plikach systemowych i innych nowo instalowanych bądź modyfikowanych plikach wykonywalnych, i ich skanowanie za pomocą ClamWin. Uzyskujemy w ten sposób namiastkę ochrony w czasie rzeczywistym. Piszę „namiastkę”, gdyż może się zdarzyć, że przy jednoczesnym instalowaniu wielu plików jakiś szkodliwy program zdąży się uruchomić i narobić szkód, zanim zostanie przeskanowany. W praktyce jednak ryzyko jest niewielkie i podczas testów musiałem się specjalnie postarać, żeby uzyskać taki efekt.

              Clam Sentinel posiada ponadto dodatkową ochronę w postaci blokowania niepożądanych działań w systemie, przy czym za takie działania uważa nie tylko instalowanie czegokolwiek w folderach systemowych czy rejestrze, ale nawet jakiekolwiek modyfikacje ustawień systemu operacyjnego czy ikon pulpitu. W efekcie przy włączonej tej funkcji w systemie praktycznie nie da się zainstalować jakiegokolwiek oprogramowania i trzeba Sentinela na czas instalacji wyłączać. Z drugiej strony jednak – w systemie skonfigurowanym do pracy żadna szkodliwa instalacja w tle nie przejdzie niezauważona.

              ClamWin nie jest oprogramowaniem „chmurowym” i podczas pracy generuje dość znaczne obciążenie procesora. W konfiguracji z Clam Sentinelem skanowanie odbywa się w tle, co może skutkować zauważalnym spadkiem wydajności systemu. Z drugiej jednak strony nawet przy obciążeniu 100% system pozostaje „responsywny”, nie ma efektu blokady.

              No dobrze: ale skąd w ogóle tandem ClamWin + Clam Sentinel w moim zestawieniu? Wcześniej prezentowane programy wydają się zapewniać lepszą wydajność i ochronę. Z dwóch powodów: po pierwsze oprogramowanie to może pracować na komputerze bez dostępu do internetu, byle tylko zapewnić aktualizację baz (a to można robić np. przy pomocy pendrive-a). Drugi powód jest następujący: prawdopodobnie kiedy inni producenci już na dobre porzucą Windows XP, ClamWin i Clam Sentinel pozostaną jeszcze długo. Skąd to przypuszczenie? Bo do dnia dzisiejszego obsługiwany jest Windows 98.

środa, 6 listopada 2019

Windows XP – jaka przeglądarka?

Aktualizacja 21.06.2024
Poniższy tekst został napisany prawie pięć lat temu i chociaż opisywane przeglądarki nadal są dostępne i działają, to mogą mieć problemy z poprawną obsługą współczesnych serwisów internetowych. Poszukujących nowszego rozwiązania zachęcam do zapoznania się z opisem przeglądarki Supermium: https://mirekcpl.blogspot.com/2024/06/supermium-killer-chinskich-przegladarek.html    
 
Wprawdzie Windows XP już dawno został okrzyknięty martwym systemem (w końcu wsparcie dla niego zakończyło się w 2014 roku a mamy rok 2019), ale jak dotąd nie chciałem przyjąć tego do wiadomości. No bo niby dlaczego mam się pozbywać działającego, dobrze znanego, spełniającego większość moich potrzeb systemu operacyjnego, tylko dlatego że ktoś tak powiedział?

Jakiś czas temu problemy ze starym systemem dopadły jednak nawet tak konserwatywnego dinozaura jak ja, a to z powodu zmian w serwisach internetowych, z których regularnie korzystam. Co do tych zmian mam mieszane uczucia, gdyż nie zauważyłem, żeby w istotny sposób przekładały się na zwiększoną funkcjonalność czy wygodę obsługi, koncentrując się głównie na warstwie wizualnej (co dla mnie ma znaczenie drugorzędne), czy reklamowej (co dla mnie bywa wręcz niepożądane), ale stało się: zmiany zaszły i używane przeze mnie dotychczas przeglądarki przestały sobie radzić.

Już nawet linucha (MX Linux) postawiłem na oddzielnej partycji (bo za Windows 10 do starego sprzętu płacił nie będę a i kompa na razie zmieniać nie zamierzam) z takim nastawieniem, że jak jakaś strona nie będzie poprawnie działała pod Windows XP, to uruchomię Linuksa z najnowszą przeglądarką.

Linux jednak nie jest dla mnie najlepszym rozwiązaniem. Nie tylko że mam zgromadzoną ogromną ilość oprogramowania dla Windows praktycznie na każdą okazję (większość to wprawdzie stare wersje, ale spełniają zadania do których zostały stworzone), ale w dodatku nowe linuksy mają problemy z obsługą starego sprzętu, zwłaszcza układów graficznych, uzyskując albo niższą wydajność w porównaniu z XP (Radeon) lub nawet obsługując źle (GeForce). Rozwiązywanie każdego problemu trwa wielokrotnie dłużej („googlanie” po różnych, często zagranicznych forach), a ja lubię mieć wszystko szybko i wygodnie. Z Internetem też zresztą nie jest tak różowo, bo niektóre komercyjne serwisy (zwłaszcza korzystające z DRM) albo całkowicie odmawiają współpracy z
Linuksem, albo trzeba je jakoś sprytnie oszukiwać (i znowu „googlać”).

Czy jednak rzeczywiście nie da się nic zrobić z Windows XP, żeby mu jeszcze jakoś przedłużyć życie? Okazuje się, że się da i najnowszymi „odkryciami” w tej dziedzinie chciałbym się podzielić niżej.



New Moon to fork (odgałęzienie) projektu Pale Moon (który z kolei powstał na bazie Firefoksa) stworzony przez programistę posługującego się pseudonimem roytam1. Jest to właściwie kompilacja Pale Moona działająca pod Windows XP. Wyglądem nawiązuje do klasycznego Firefoksa sprzed powstania edycji Quantum. Działa stabilnie, bardzo dobrze radzi sobie ze współczesnymi serwisami internetowymi, jak dotąd nie zaobserwowałem problemów na odwiedzanych przeze mnie stronach. Obsługuje starsze dodatki do Firefoksa napisane w języku XUL (warto zainstalować repozytorium Classic add-ons archive), oraz kilka własnych. Właśnie ta przeglądarka sprawiła, że ostatnio jakoś nie czuję potrzeby uruchamiania Linuksa, pracując pod starym, dobrym Windows XP.

Projekt jest cały czas rozwijany, po pojawieniu się nowej wersji Pale Moona w niedługim czasie pojawia się nowa wersja New Moona.
 

Link do tej przeglądarki umieścił w komentarzu z dnia 22.02.2020 kolega xp234. Postanowiłem dodać to uzupełnienie, bo nie wszyscy czytają komentarze, a zauważyłem duże zainteresowanie kompilacjami Pale Moona dla XP.

No więc MyPal to kolejna kompilacja Pale Moona działająca pod Windows XP, tym razem obsługiwana przez programistę posługującego się pseudonimem Fedor2. Na pierwszy rzut oka jedyna różnica pomiędzy New Moon i MyPal polega na tym, że logo zamglonego księżyca zastąpiono równie zamglonym, topornie wyciętym ze zdjęcia pyszczkiem jakiegoś szopa (jeśli źle rozpoznałem to wybaczcie, nie jestem ekspertem od zwierząt). Znalazłem jednak stronę (linku nie publikuję bo nie jest dostępna publicznie), którą New Moon wyświetlił niepoprawnie (brakowało jednego linku), a MyPal poradził sobie bezbłędnie, tak więc jakieś drobne różnice w działaniu mogą być. Poza tym, co może okazać się ważhttps://www.mypal-browser.org/ne dla niektórych użytkowników, MyPal ma spolszczenie!


Jeśli komuś nie podoba się „klasyczny” wygląd New Moona, może wypróbować Serpenta. To też fork, tym razem projektu Basilisk, też opartego na bazie Firefoksa, ale nawiązującego do współczesnego wyglądu. U mnie pasek zakładek jest pod paskiem adresu, bo ja tak chcę (dodatek Tabs on Bottom), ale w oryginale jest powyżej. Tutaj także obsługiwane są starsze dodatki do Firefoksa. Jeśli chodzi o stabilność i kompatybilność z nowymi serwisami WWW, to powinno być równie dobrze jak w przypadku New Moona, ale głowy nie daję, bo nie mam doświadczenia. Kto jest ciekawy, niech sam wypróbuje.

Również i ten projekt jest „żywy”, nowe wersje pojawiają się na bieżąco. Czy będzie dla kogoś zaskoczeniem jeśli powiem, że tym także zajmuje się roytam1?



K-Meleon to przeglądarka WWW oparta na „silniku” Gecko, podobnie jak Firefox, jednak napisana zupełnie od nowa i tylko dla systemu Windows. Pozwoliło to na pozbycie się narzutu związanego z wieloplatformowością Firefoksa i uzyskanie znacznie większej sprawności działania. Niestety oryginalny projekt popadł w fazę zastoju. Ostatnie wydanie stabilne, K-Meleon 75.1, liczy sobie już ponad cztery lata, zaś wersja rozwojowa, K-Meleon 76RC2, chociaż stabilnie działająca i nadająca się do codziennej pracy, nosi datę 20 grudnia 2016 r. Nie mogło to pozostać bez wpływu na obsługę nowych serwisów WWW.

Od czegóż jednak są forki? Poza oficjalnym kanałem dystrybucji powstało odgałęzienie bazujące na „silniku” Goanna (czy będzie zaskoczeniem, że roytam1 również i w to się angażuje?), który z kolei sam jest forkiem Gecko. Zmiana zaowocowała dalszym wzrostem wydajności i sprawności obsługi multimediów. W tej ostatniej dziedzinie KM-Goanna dorównuje Google Chrome i bije na głowę Firefoksa oraz inne przeglądarki oparte na Gecko.

Jeśli chodzi o obsługę dodatków, to KM-Goanna ma wbudowany prosty bloker reklam oparty na stylach CSS oraz obsługuje dodatki stworzone dla K-Meleona 76. Niestety nie jest to wielka baza, znajduje się w niej jednak specjalna wersja AdBlock Plusa, który jest skuteczniejszy i łatwiej konfigurowalny niż oryginalny bloker. Dodatek ten w wersji działającej z KM-Goanna 76.x umieściłem tutaj, gdyż nie tak łatwo odnaleźć go w sieci.
 
No a jak ze współczesnymi serwisami WWW? Powiedziałbym – średnio. Do niedawna była to moja podstawowa przeglądarka dla Windows XP, od czasu do czasu, głównie ze względu na multimedia, uruchamiałem Chrome (ostatnią działającą pod XP wersję). Kiedy jednak odmówiły działania niektóre funkcje interfejsu jednego z dominujących w Polsce serwisów aukcyjnych, zacząłem się rozglądać za czymś innym (wtedy właśnie zainstalowałem Linuksa).
 
Do dzisiaj jednak KM-Goanna pozostaje podstawowym wyborem, jeśli ktoś chce mieć naprawdę szybką przeglądarkę dla Windows XP, a przy tym nowocześniejszą niż nierozwijane już na tej platformie Google Chrome czy Opera i całkiem dobrze radzącą sobie z multimediami. W takim przypadku polecam zainteresowanie się niewielkim plikiem loader.exe znajdującym się w katalogu przeglądarki i dodanie linku do niego w autostarcie, zwłaszcza jeśli uruchamiamy strony WWW przez odsyłacze z innych programów, choćby z klienta poczty elektronicznej. Spowoduje to wprawdzie pewne wydłużenie czasu uruchamiania systemu (tak, wiem że i bez tego Windows XP potrafi startować baaaardzo wolno) i zajęcie pewnej ilości zasobów, ale za to przeglądarka będzie się uruchamiała błyskawicznie nawet na stosunkowo słabym sprzęcie.

Nightly(Firefox 45.9)

Ostatnia z prezentowanych przeglądarek to propozycja przeznaczona dla tych, którzy z jakiegoś powodu nie mogą się rozstać z Firefoksem 45.9, na przykład dlatego, że korzystają z jakichś starych serwisów źle obsługiwanych przez nowsze przeglądarki, albo na przykład mają jakieś urządzenia sterowane przez interfejs WWW, których oprogramowania (firmware) z jakichś powodów nie da się zaktualizować. Nightly jest próbą (dość udaną) dalszego rozwoju linii 45.9 Firefoksa z myślą o przystosowaniu go do obsługi nowych serwisów. Co z tego wyszło? Na poziome KM-Goanna: większość stron będzie się wyświetlała poprawnie, ale będą wyjątki.

Sposób na uparte banki (i inne takie)
No dobrze: zainstalowałem najnowszą wersję New Moon, KM-Goanna czy Serpenta, a mój bank uparcie twierdzi, że używam nieaktualnej przeglądarki, a obsługiwane są tylko Firefox, Opera i Chrome, których w najnowszych wersjach na pewno nie zainstaluję. Co teraz? Kupować nowy komputer?

Uwaga, uwaga, uwaga!
Wszystko co dalej napiszę, robisz na własną odpowiedzialność. Używanie bankowości internetowej czy jakichkolwiek innych serwisów zawierających dane finansowe i inne dane wrażliwe pod Windows XP jest wysoce niezalecane, ze względu na fakt, że system ten posiada niezałatane luki bezpieczeństwa, które mogą stać się furtką dla przestępcy w celu dokonania kradzieży, przejęcia tożsamości i innych działań na szkodę prawowitego użytkownika.

Przyjęte do wiadomości? Masz zabezpieczony system (aktualny i działający program antywirusowy, działająca zapora systemowa, zewnętrzny firewall sprzętowy)? Nie boisz się ryzyka? No to czytaj dalej.
 
Opisane poniżej czynności wykonuje się tak samo w przeglądarkach New Moon (oraz w oryginalnym Pale Moon), Serpent (Basilisk) i KM-Goanna (K-Meleon).
Załóżmy, że strona transakcyjna naszego banku ma adres: https://mojbank.com.pl. W pole adresowe przeglądarki wpisujemy: about:config. Ignorujemy pojawiające się ostrzeżenie utracie gwarancji, smokach czekających za drzwiami i innych takich, bo przecież my doskonale wiemy, co robimy! W polu wyszukiwania wpisujemy tekst: general.useragent.override.
Teraz już pewnie każdy się domyślił, co należy zrobić, a jeśli nie, to: klikamy prawym klawiszem myszy pozycję, dla której wartość zawiera „Firefox/99.9” i kopiujemy tę wartość do schowka (przyda się za chwilę).
Klikamy znowu prawym klawiszem myszy gdziekolwiek w głównym oknie i tworzymy nowy łańcuch znakowy
o nazwie: general.useragent.override.mojbank.com.pl. Jako wartość wklejamy zawartość schowka. Powinno wyjść coś takiego:
Od tej chwili przeglądarka będzie „przedstawiała się” naszemu bankowi jako hipotetyczny super-aktualny Firefox 99.9 (mam nadzieję że upłynie trochę czasu zanim oryginał dojdzie do tej wersji), co powinno umożliwić dostęp do serwisu.