środa, 8 grudnia 2021

Windows XP a Telegram – aktualizacja

Aktualizacja 19.06.2024
Dzięki przeglądarce Supermium, Telegram Web (https://web.telegram.org/) stał się znowu dostępny dla komputerów z Windows XP. Przeglądarkę opisałem tutaj: https://mirekcpl.blogspot.com/2024/06/supermium-killer-chinskich-przegladarek.html. Miłego telegramowania.

Aktualizacja 13.02.2023
Kiedy w lipcu 2021 roku po raz pierwszy pisałem o komunikatorze Telegram pod Windows XP byłem przekonany, że aplikacja Telegram Desktop dla tego systemu nigdy nie powstała i nawet jej nie szukałem. Okazuje się, że byłem w błędzie. Dzięki komentarzowi anonimowego czytelnika (szkoda że nawet jego nicka nie mogę tu wymienić) otrzymałem link do wersji Telegram Desktop 1.8.15 działającej pod Windows XP: https://archive.org/details/tsetup.1.8.15. Oczywiście to stara wersja, nie obsługuje poprawnie użytkowników i grup utworzonych po ostatnich zmianach w serwisie, ale starsze kontakty i grupy można nadal obsługiwać bez problemu. Moim zdaniem znacznie wygodniej niż w wersji „przeglądarkowej”.

Temu samemu użytkownikowi zawdzięczamy link do przeglądarki internetowej dla Windows XP obsługującej wiele współczesnych serwisów, w tym nowe wersje Telegram Web: http://ostrorog.net/download/MiniBrowser_1.0.0.121_Modified.zip. Mogłaby to być zupełnie nowa jakość jeśli chodzi o przeglądarki dla Windows XP, ale niestety nie mogę jej z czystym sumieniem polecić: na moim sprzęcie okazała się koszmarnie wolna, w stopniu uniemożliwiającym wygodne użytkowanie. Więcej na ten temat napisałem tytaj: https://mirekcpl.blogspot.com/2023/02/kafan-minibrowser-hit-czy-kit.html.

Aktualizacja 31.12.2022
Niestety poniższy tekst stracił swoją aktualność. Po ostatnich zmianach aplikacja Telegram Web w wersji Z nie jest już kompatybilna z przeglądarką Pale Moon, a w konsekwencji z wywodzącymi się od niej i działającymi pod Windows XP New Moon oraz MyPal. W daszym ciągu działa wersja „klasyczna” (nie wiem jak długo jeszcze) ale już nie w pełni poprawnie. W ten sposób kończy się możliwość korzystania pod Windows XP z komunikatora Telegram, chyba już ostatniego który jeszcze działał.

Nie tak dawno, 18 lipca, pisałem o dostępności przeglądarkowej wersji komunikatora Telegram pod Windows XP. W związku ze zmianami wprowadzonymi przez developerów powodującymi niezgodność nowej wersji aplikacji z przeglądarką Pale Moon, a w konsekwencji i z jej wersjami dla XP (New Moon i MyPal), zaproponowałem korzystanie z wersji „klasycznej”: https://web.telegram.org/?legacy=1#/.

Nie trzeba było długo czekać: w komunikatorze Telegram nastąpiły dalsze zmiany, a w konsekwencji „klasyczny” klient, chociaż w dalszym ciągu dostępny, nie działa już prawidłowo. Po jego uruchomieniu pojawia się ostrzeżenie o tym, że niebawem w ogóle przestanie on działać, użytkownik zarejestrowany w nowej wersji Telegrama pojawia się na liście jako „unsupported user”, niektóre załączniki do wiadomości również nie są obsługiwane.

Czyżby zatem koniec Telegrama pod Windows XP? Na szczęście nie! Aplikacja Telegram Web Z dostępna pod adresem https://web.telegram.org/z/ została zaktualizowana do wersji alpha 1.24 i jest znowu kompatybilna z przeglądarką Pale Moon oraz MyPal pod Windows XP. Nie sprawdzałem w New Moon, ale powinna też działać. Mam nadzieję, że zaraz tego nie zepsują. Miłego telegramowania!

wtorek, 9 listopada 2021

Linux na pełnoletnim komputerze

Kilka dni po tym jak zainstalowałem Linuksa MX 19.4 na laptopie Acer (patrz poprzedni wpis) ukazała się wersja beta nowej edycji – MX 21. Na laptopie nie chciałem już zmieniać, zwłaszcza że nie ma oficjalnej drogi aktualizacji i zalecane jest przeinstalowanie systemu. MX 19.4 jest systemem z długim okresem wsparcia, więc na pewno kilka lat podziała. Pomyślałem jednak o swoim komputerze stacjonarnym HP workstation xw6000. Parametry tego sprzętu podałem we wpisie z 20 sierpnia 2015 roku. Zainteresowanych zapraszam tutaj: https://mirekcpl.blogspot.com/2015/08/potwor-czyli-aktualizacja.html. Sprzęt ten służy mi do dzisiaj, chociaż jest już mniej więcej pełnoletni (dokładnie nie wiem, bo był kupiony „z drugiej ręki”). Głównym systemem operacyjnym jest na nim nadal Windows XP.

Na komputerze tym robiłem wiele prób instalowania różnych dystrybucji systemu Linux z myślą nawet nie tyle o zastąpieniu Windows (mam ogromną bibliotekę aplikacji dla tego systemu, poza tym potrzebuję go np. do obsługi starej drukarki) ile o drugim systemie, na wypadek gdyby pod XP coś ważnego przestało mi działać (np. strona transakcyjna mojego banku). W efekcie na oddzielnej partycji dyskowej, obok Windows, pojawił się Antix 19.4. Miał być wprawdzie MX Linux, ale niemile mnie zaskoczył: po pozytywnych próbach z wersją 18.3 spróbowałem zainstalować 19.4 i niestety okazało się, że wystąpiły problemy z obsługą mojej karty graficznej. W Antiksie, pomimo że to „siostrzana” dystrybucja, ten problem nie wystąpił.

Antiksa jednak jakoś nie mogłem polubić, chociaż to bardzo sprawna i stabilna dystrybucja. Jak dla mnie (w porównaniu z MX-em) jest jednak za bardzo „zabałaganiony”, a ponadto wkurzał mnie brak w 32-bitowej wersji (a muszę takiej używać bo komputer ma 32-bitowe procesory) niektórych aplikacji, których chciałem używać. W szczególności nie da się nijak zainstalować klienta Spotify, chociaż miałem go pod MX-em 18.3.

Pojawienie się bety MX Linux 21 skłoniło mnie zatem do kolejnej próby: a nuż się okaże, że błąd z obsługą grafiki został jakimś cudem poprawiony i będę mógł wrócić do dystrybucji, której wolę używać? Ściągnąłem więc obraz ISO MX Linux 21 beta 2 32-bit w wersji Fluxbox (właściwie to nie wiem dlaczego akurat Fluxbox, ale okazało się to brzemienne w skutki), wypaliłem płytę CD i spróbowałem uruchomić na moim komputerze system z płyty. O dziwo, problem z grafiką nie wystąpił, wszystko wydawało się działać poprawnie i nawet dosyć sprawnie jak na live CD i tak stary sprzęt. Postanowiłem zatem zainstalować nowy system w miejsce Antiksa (trudna decyzja, bo miałem tam już trochę rzeczy skonfigurowanych, a czekała mnie reinstalacja), co również zakończyło się pełnym sukcesem. System działał stabilnie i sprawnie, okazało się również, że znowu mogę mieć Spotify (swoją drogą ciekawe, dlaczego pod 32-bitowym Antiksem to taki problem).

Nie ma jednak róży bez kolców: okazało się, że nie mogę zainstalować aplikacji Megasync, pomimo że pod MX-em 19.4 jeszcze była (wrrrrr...). Nawet trudno mieć o to pretensje do twórców MX-a: po prostu programiści zaprzestali rozwoju 32-bitowej wersji Megasync. Co w takiej sytuacji robi użytkownik Windows? Po prostu używa starej wersji aplikacji jak długo się da. Nawet po aktualizacji systemu często daje się używać starego programu dzięki kompatybilności wstecznej, której Microsoftowi nie udało się do końca zepsuć, pomimo że od wprowadzenia Windows 7 konsekwentnie się stara. Jednak takie numery, to nie w Linuksie. No chyba że się jest zaawansowanym programistą, to można sobie ściągnąć źródło, spróbować dopasować i skompilować własną wersję, ale łatwe to nie jest. Nie jestem programistą, więc muszę się pogodzić z brakiem aplikacji Megasync pod MX-em 21 (a pod Windows XP mam).

Po pewnym okresie używania nowego systemu doszedłem jednak do wniosku, że nie lubię Fluxboksa. Nie to że nie potrafię się nim posługiwać, ale standardowy menedżer okien, jakim dla MX-a jest Xfce, jakoś bardziej mi leży. Ściągnąłem zatem obraz ISO z Xfce, wypaliłem płytę, uruchomiłem system z płyty i… problem z grafiką powrócił! Wrrr…! Dlaczego? Przecież te wersje różnią się tylko menedżerem okien, wszystko inne, a w szczególności sterowniki karty graficznej są (a przynajmniej powinny być) takie same! Dociekać jednak nie będę. Nie mam czasu na niekończące się „googlanie”, pytanie na grupach dyskusyjnych i sprawdzanie różnych niesprawdzonych hipotez (bo dyskutanci na grupach obrażają się, jeśli się napomknie, że oczekuje się sprawdzonych rozwiązań). Pozostaje zatem system z nielubianym Fluxboksem, w końcu do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić.

W chwili gdy piszę te słowa na komputerze zainstalowany jest MX Linux 21 w wersji finalnej. Jak się sprawuje? Całkiem dobrze. Nadal jednak nie jest to ta wydajność co Windows XP, zwłaszcza odczuwa się to w multimediach. Tak na przykład pod Windows XP jestem w stanie płynnie odtwarzać na tym sprzęcie (przypominam: pełnoletnim!) filmy na Youtube, oczywiście w niskiej rozdzielczości. Pod Linuksem nie jest to możliwe: nawet w najniższej rozdzielczości wideo się zacina. Z tej przyczyny, oraz dlatego że nie mam pod Linuksem odpowiedników niektórych używanych przeze mnie aplikacji oraz sterowników do starego sprzętu (choćby drukarki Lexmark 1000, którą „odkurzyłem” ostatnio), system ten pozostanie jako drugi, uruchamiany w szczególnych okolicznościach, na przykład kiedy będę potrzebował najnowszej przeglądarki internetowej, albo (jak teraz) pisał na blogu tekst o Linuksie. W każdym razie na tak starym sprzęcie ciągle jeszcze rządzi Windows XP.

czwartek, 4 listopada 2021

Acer Extensa 5630EZ i Linux (i dlaczego nie Windows 10)

Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek coś takiego napiszę! Ja, zadeklarowany dinozaur i „windziarz” piszę tekst wychwalający linuksa! No ale jak widać przyszła kryska na matyska.

Zaczęło się od tego, że odziedziczyłem po córce starego laptopa Acer Extensa 5630EZ, bo jej był potrzebny lepszy sprzęt do zdalnej nauki. Jak na dzisiejsze czasy laptop ten rzeczywiście nie imponuje: procesor Pentium Dual Core 2GHz (nawet nie Core 2 Duo!), 2GB RAM (powiększone, bo oryginalnie był 1 GB), zintegrowana grafika Intel, 230GB dysk twardy, wprawdzie SATA, ale wolny. Na komputerze był zainstalowany Windows XP Home. Powinien być co prawda Windows 7, ale w chwili gdy ten komputer był kupowany „siódemka” dopiero wchodziła na rynek i sporo programów nie działało poprawnie.

Skoro jednak laptop już trafił w moje ręce, postanowiłem zaktualizować system do Windows 10, upewniwszy się uprzednio na stronie internetowej producenta, że sprzęt jest kompatybilny z tym systemem. Jako że nadal jest to komputer córki i miał ewentualnie służyć jako rezerwowy (na przykład jak przyjedzie do domu i nie weźmie laptopa), przyjąłem założenie że zostanie zainstalowana najnowsza kompilacja Windows 10, oraz że system będzie automatycznie pobierał aktualizacje jak Microsoft przykazał. To był jednak pierwszy błąd.

Po instalacji okazało się, że Windows 10 jest zbyt „ciężki” dla tego sprzętu. Wprawdzie dał się zainstalować i uruchomić bez problemów, ale pobieranie i instalowanie aktualizacji trwało koszmarnie długo. Postanowiłem jednak wziąć na przeczekanie, a po zaktualizowaniu wszystkiego spróbować zoptymalizować system pod kątem uzyskania jak najlepszej wydajności. Udało się to do tego stopnia, że na komputerze dało się nawet w miarę sprawnie pracować, wprawdzie nie tak komfortowo jak pod XP, ale zawsze.

Pierwsze problemy pojawiły się po tym, jak komputer przeleżał tydzień nieużywany na półce (normalne, skoro miał służyć jako rezerwowy). Co robi Windows 10, jeśli włączy się komputer po dłuższym okresie nieużywania? Ściąga aktualizacje! W przypadku takiego sprzętu ma to jednak ten skutek, że na laptopie przez dłuższy czas (czasem nawet godzinę) nie dawało się nic sensownego robić, cały system był totalnie „zamulony”. Jako dinozaur i użytkownik starych systemów jestem przyzwyczajony do tego, że włączam komputer i na nim pracuję. Trudno mi było zaakceptować to, że muszę czekać aż szanowny Microsoft coś na moim sprzęcie zrobi.

Postanowiłem jednak dać systemowi jeszcze jedną szansę i spróbować zainstalować Microsoft Teams, żeby sprawdzić czy laptop będzie się nadawał jako rezerwowy do zdalnej nauki. Chcemy tego czy nie, szkoły i uczelnie przyjęły „Teamsy” jako narzędzie do zdalnego nauczania i użytkownik nie ma tu żadnego wyboru, nawet jeśli (jak ja) się z tym nie zgadza. Zainstalowanie „Teamsów” okazało się jednak porażką. Nie tylko że program totalnie „zabił” system, uruchamiał się koszmarnie powoli i nic się praktycznie nie dało zrobić, nawet logowanie do konta sprawiało problem, to w dodatku nawet nieuruchomiony pozostawiał swojego agenta, spowalniając pracę na komputerze w nieakceptowalnym stopniu.

Skoro jednak nie mogę mieć „Teamsów”, a jak się później okazało także inne rozbudowane programy sprawiały problemy, to po co mi w ogóle Windows 10? Może po prostu wrócić do wypróbowanego XP? Tak bym zrobił, gdyby to był mój podstawowy komputer. Jako wieloletni użytkownik Windows zgromadziłem ogromną bibliotekę oprogramowania na wszelkie możliwe okazje i odpowiada mi, że jak chcę na komputerze zrobić coś nowego, to w większości wypadków wystarczy mi sięgnąć na półkę. Poza tym ciągle używam programów (wybaczcie, nie napiszę jakich), które nie mają swoich odpowiedników dla innych systemów operacyjnych. Jednakże laptop ma służyć jako drugi komputer, do podstawowych, codziennych czynności (skoro do zdalnej nauki się nie nadaje), postanowiłem zatem dać kolejną szansę, jakiemuś systemowi z rodziny Linux. W końcu to mocniejszy sprzęt od tego na którym dotychczas robiłem tego typu próby, co stanowiło pewną obietnicę nowych doświadczeń.

Wybrałem dystrybucję MX Linux 19.4, gdyż z tą rodziną systemów miałem już do czynienia i wiedziałem, że mogę się spodziewać dobrej wydajności, ciekawego zestawu zainstalowanych aplikacji oraz wygodnego, sprawnego interfejsu. W odróżnieniu od poprzednich prób wybrałem wersję 64-bitową, gdyż zainstalowany w laptopie procesor jest (już) 64-bitowy.

Zainstalowałem system i... rewelacja! Nie tylko, że laptop pod kontrolą MX Linux 19.4 po prostu działa i to działa sprawnie! Nawet multimedia są obsługiwane z wystarczającą wydajnością. W dodatku podczas instalacji wykryte zostały i są obsługiwane prawie wszystkie komponenty sprzętowe laptopa, łącznie ze slotem PC Card (który działał pod XP a nie chciał działać pod Windows 10) i klawiszami specjalnymi na klawiaturze (działa zmiana jasności, regulacja głośności, przełączanie monitorów a nawet wywoływanie przeglądarki internetowej i programu pocztowego odpowiednimi klawiszami). Jednym słowem, MX Linux zachowuje się tak, jakby był specjalnie stworzony dla tego laptopa, choć przecież nie jest. Nie chcę tutaj odwoływać tego, co wcześniej pisałem o linuksie: nawet na tym komputerze Linux nie pracuje wydajniej niż Windows XP. Pracuje jednak z bardzo dobrą wydajnością, bijąc na głowę Windows 10 i jeśli chcemy mieć nowoczesny system operacyjny na wiekowym sprzęcie, to właśnie taki.

Początkowo system MX Linux był zainstalowany na odrębnej partycji dyskowej, obok Windows 10. Chciałem sprawdzić jak się będzie sprawował, nie odcinając sobie jednocześnie drogi odwrotu. Po pewnym okresie użytkowania skończyło się jednak na tym, że partycje z Windows 10 zostały całkowicie usunięte. Przynajmniej na tym laptopie MX Linux zostaje i rządzi!

niedziela, 18 lipca 2021

Windows XP a Telegram

Wprawdzie jako dinozaur nie jestem wielkim zwolennikiem komunikatorów, ale o jednym z nich – Telegramie postanowiłem napisać, nie tylko z powodu jego zalet, o których więcej można sobie poczytać tutaj: https://telegram.org/?setln=pl, ale przede wszystkim dlatego, że jest dostępny również na starych komputerach z systemem operacyjnym Windows XP.

Powiecie – jak to: przecież minimalne wymagania dla aplikacji Telegram Desktop to Windows 7! Tak, ale od czegóż jest Telegram Web? Okazuje się, że ta przeglądarkowa wersja Telegrama, choć bardzo ograniczona funkcjonalnie (właściwie tylko do czatu), działa w przeglądarce Pale Moon, a także w kompilacjach New Moon i MyPal, przystosowanych do XP. Właściwie, to działała do niedawna.

Niestety Telegram wypuścił dwie nowe wersje aplikacji przeglądarkowej: jedną oznaczoną literą „k”, drugą – „z” (https://web.telegram.org/k/ oraz https://web.telegram.org/z/). Piszę „niestety”, bo wersje te wnoszą niewiele więcej niż „odświeżony” wygląd, a nie działają poprawnie w przeglądarce Pale Moon (również tej oryginalnej, pod Windows 10), wymagając nowej wersji Chrome, Firefoksa lub Opery (tej ostatniej nie testowałem). Nie pomagają tu żadne „sztuki” w rodzaju podmiany user agent string, o czym kiedyś pisałem w odniesieniu do serwisów bankowych. Co więcej, nawet jeśli ktoś miał skonfigurowanego (zapisanego w zakładkach) Telegrama pod adresem https://web.telegram.org, to teraz zostanie bez pytania przekierowany na wersję „k”.

Aktualizacja 19.06.2024
Dzięki przeglądarce Supermium, Telegram Web (https://web.telegram.org/) stał się znowu dostępny dla komputerów z Windows XP. Przeglądarkę opisałem tutaj: https://mirekcpl.blogspot.com/2024/06/supermium-killer-chinskich-przegladarek.html. Miłego telegramowania.

A tak na marginesie: po co w ogóle Telegram na desktopie? Przecież jedną z najistotniejszych cech komunikatorów jest możliwość korzystania z nich na urządzeniach mobilnych, przez co są dostępne w każdym miejscu i czasie! Odpowiem jak dinozaur: po pierwsze, wcale nie chcę być dostępny dla innych w każdym miejscu i czasie, a po drugie bardzo nie lubię pisania na klawiaturze wirtualnej. Podziwiam młodych, którzy posługują się taką klawiaturą „aż furczy” (właściwie to nic nie furczy, przecież klawiatura wirtualna jest bezgłośna), ale naśladować ich nie będę. Dlatego jeśli dostaję na smartfonie powiadomienie z Telegrama, jeśli tylko mogę, uruchamiam komunikator na desktopie i wtedy mogę „czatować”.

niedziela, 4 października 2020

Lexmark 1000 – reaktywacja starej drukarki

Tym razem postanowiłem napisać nieco o starej drukarce, którą niedawno wyciągnąłem ze strychu, gdzie przeleżała kilkanaście lat. Właściwie trudno tu mówić o „reaktywacji”, bo drukarka cały czas była sprawna. Na strych trafiła z jednego powodu: nie można kupić pasujących do niej kartridży z atramentem, gdyż nie są już od dawna produkowane. Niedawno jednak znalazłem na popularnym serwisie aukcyjnym „nowy” oryginalny tusz kolorowy do tej drukarki w cenie 1 zł i postanowiłem spróbować uruchomić mój zabytek. Wprawdzie po doliczeniu kosztów przesyłki okazało się, że tak naprawdę muszę zapłacić 15 zł, ale i tak go kupiłem. Czy było warto? Mnie się wydaje że tak, ale oceńcie sami.

Na początek jednak kilka słów o samej drukarce. Jest to model Lexmark 1000 Color Jetprinter wyprodukowana prawdopodobnie w 1997 roku. Ja ją kupiłem rok później na jakiejś bazarowej wyprzedaży. W swoim czasie była to tania drukarka atramentowa przeznaczona przede wszystkim do zastosowań domowych. O takim przeznaczeniu świadczy między innymi fakt, że używa kartridży czarnych (13400HC) i kolorowych (13619HC), ale… zamiennie! Po założeniu czarnego tuszu można drukować tylko w odcieniach szarości, a po założeniu kolorowego – czerń jest uzyskiwana przez nakładanie kolorów (i oczywiście nie jest idealna). Nieużywany w danej chwili nabój można umieścić w specjalnym uchwycie z tyłu drukarki. Urządzenie łączy się z komputerem poprzez interfejs równoległy Centronics, kiedyś najpopularniejsze złącze do obsługi drukarek, obecnie prawie
już nie spotykane. Nominalna rozdzielczość drukarki to według dokumentacji 600 dpi, ale moim zdaniem jest to wartość interpolowana. Rozdzielczość sprzętowa to najprawdopodobniej 300 dpi.

Po zakupieniu naboju wyciągnąłem ze strychu drukarkę, zainstalowałem kartridż, podłączyłem do komputera i zainstalowałem sterowniki. Tutaj jednak uwaga: potrzebny jest komputer posiadający złącze równoległe (u mnie HP Workstation xw6000, opisany tutaj) oraz system operacyjny ze sterownikami dla takiego zabytku, w moim przypadku Windows XP. Pierwsza próba wydrukowania strony testowej zakończyła się fiaskiem. Nabój był całkowicie zaschnięty i na papierze nie pozostał żaden ślad wydruku. Tyle, że ja właśnie na to liczyłem! Znacznie gorzej byłoby, gdyby miał wymieszane kolory, co w przypadku przeterminowanych kartridży jest równie częstym zjawiskiem.

Chciałbym tutaj jeszcze raz podkreślić: nie jest możliwe kupienie sprawnego naboju 13400HC czy 13619HC, choć zdarzają się oferty „nowych” produktów. „Nowy” w tym przypadku może oznaczać jedynie „nieużywany”, ale za to przechowywany co najmniej kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat. Taki kartridż po prostu nie może być sprawny.

Ja jednak dokonałem zakupu świadomie. Przez lata używania drukarek atramentowych doszedłem do dość dużej wprawy w samodzielnej regeneracji kartridży (nigdy nie kupowałem drukarki atramentowej z myślą o używaniu wyłącznie nowych, oryginalnych tuszy), w dodatku z dawnych czasów został mi specjalny klucz do zdejmowania „kapturka” naboju 13619HC (w celu odsłonięcia otworów do napełniania) oraz klips regeneracyjny do odciągania nadmiaru tuszu i udrażniania głowic. Miałem też dedykowany atrament do drukarek Lexmark, wprawdzie do nowszych modeli (pozostał mi po drukarce Z25, która „padła”), ale byłem pewny, że będzie pasował. Rzeczywiście: po kilkakrotnym przepłukaniu naboju ciepłą wodą w celu usunięcia złogów starego atramentu (tu właśnie przydaje się klips) i napełnieniu świeżym tuszem, strona testowa wydrukowała się poprawnie i wyglądała tak, jak zapamiętałem z dawnych czasów.

Pora na wrażenia z eksploatacji. Po pierwsze, urządzenie drukuje naprawdę baaaardzo wolno. Przez lata nieużywania zdążyłem się już od tego odzwyczaić. Obecnie moją główną drukarką jest HP DeskJet 1050, też nie demon szybkości, mimo to różnica jest kolosalna. Dość powiedzieć, że strona testowa Windows XP drukowała się na Lexmarku 115 sekund, a na HP – 17 sekund. Druga sprawa, to jakość druku. Przy używaniu naboju kolorowego wyraźnie brakuje pigmentowej czerni. Druk jest jakby „zszarzały”, czasem z lekkim podbarwieniem (zależy to od jakości tuszu użytego do napełniania). Litery są dość „grube”, a ich kontury rozmyte. Wynika to stąd, że otwory dysz drukujących są dużo większe, niż stosowane we współczesnych drukarkach. Pomimo tego jakość drukowania tekstu jest wystarczająca do typowych zastosowań domowych czy nawet urzędowych. Jeśli nie potrzebujemy koloru, to można ją jeszcze znacznie poprawić (i dodatkowo przyspieszyć drukowanie) używając naboju czarnego. No a co z kolorem? Nie ma się co łudzić: fotograficznej jakości tutaj nie uzyskamy. Odcienie kolorów budowane są z „grubych” punktów (patrz powiększony obraz okna Windows ze strony testowej) wyraźnie widocznych z bliskiej odległości. Jednakże do wyróżniania fragmentów tekstu czy grafiki biznesowej taki kolor może wystarczyć, a i zdjęcie wydrukowane w większym formacie (np. A4) i oglądane z pewnej odległości wygląda

przyzwoicie. Wydaje mi się, że jeśli ktoś potrzebuje od czasu do czasu wydrukować jedną lub najwyżej kilka stron (a takie właśnie jest przeznaczenie Lexmarka 1000), nawet tak stara drukarka może się jeszcze przydać.

Dla kogoś samodzielnie napełniającego kartridże, Lexmark 1000 ma jeszcze inne zalety. Kartridże mają stosunkowo dużą pojemność, duże otwory dysz drukujących sprawiają, że nie są podatne na zasychanie i dobór atramentu nie jest krytyczny (czarne naboje 13400HC napełniałem kiedyś atramentem do wiecznych piór marki Pelikan, i też działały), no i najważniejsze: absolutnie żadnych zabezpieczeń przed ponownym napełnianiem. Żadnych chipów, liczników, blokad i innych takich. Dzisiaj to brzmi jak bajka, prawda?

No dobrze. Mamy jednak koniec roku 2020, komputerów z portem równoległym i systemem Windows XP prawie nikt już nie używa, czy można więc wydrukować coś na takiej drukarce, mając do dyspozycji, dajmy na to, laptopa z najnowszą kompilacją Windows 10 (na którym piszę te słowa)? Otóż można, pod warunkiem że mamy inny komputer zdolny obsłużyć drukarkę i skonfigurowaną sieć komputerową. Na serwerze drukarki (tak to nazwijmy) trzeba skonfigurować i udostępnić w sieci wirtualną drukarkę postscriptową (jak to zrobić opisałem tutaj), a na komputerze z Windows 10 połączyć się z nią używając sterownika drukarki obsługującej PostScript, o czym tutaj. Mała uwaga: w stworzonym dwa lata temu opisie zaproponowałem użycie sterownika „HP Color LaserJet CP4005 PS Class Driver”. Kiedy niedawno spróbowałem powtórzyć procedurę na laptopie z najnowszą (w chwili gdy piszę te słowa) kompilacją Windows 10 wersja 2004 okazało się, że tego sterownika… nie ma, bo Microsoft usunął go z serwisu Windows Update! Proponuję zatem sterownik „HP Color LaserJet 2800 Series PS”, a tak nawiasem mówiąc to wkurza mnie, że używam czegoś a za dwa lata tego nie mam, bo ktoś w Microsofcie stwierdził, że mi niepotrzebne!

piątek, 22 maja 2020

Stary Pocket PC – nowa nawigacja

Aktualizacja 13.07.2022

Opisany poniżej program Navigator Free dla pocket PC jest nadal rozwijany i właśnie ukazała się wersja 22.0.1. Niestety ta wersja nie działa na moim Mio 168: wprawdzie program się uruchamia, ale nie widzi mapy. Prawdopodobnie jest to spowodowane zbyt małą pamięcią mojego urządzenia i/lub zbyt starą wersją Windows Mobile. Jeśli ktoś może przetestować na nowszym urządzeniu, to będę wdzięczny za komentarz.

Mapa Polski się rozrosła, została podzielona na trzy regiony i już nie pasuje do opisywanej w tym artykule wersji 17.0.0 Navigatora. Poniższy opis proszę zatem traktować jako archiwalny. Jeśli jednak byłby ktoś zainteresowany przetestowaniem, to mogę gdzieś wrzucić ostatnią działającą mapę Polski (8.12.2021). Proszę dać znać w komentarzu.

Długo się zastanawiałem, czy w ogóle o tym pisać. Kiedy po raz pierwszy wspomniałem na tym blogu o Pocket PC (w 2015 roku, ale wpis jest jeszcze starszy bo w międzyczasie zmieniałem platformę blogową), urządzenia te, chociaż od kilku lat niewspierane przez producentów sprzętu i oprogramowania, były jeszcze używane i dostępne na rynku wtórnym za stosunkowo małe pieniądze. Czy jednak warto o nich pisać po kolejnych pięciu latach, kiedy znakomita większość po prostu się zużyła (choćby dlatego, że baterie nie są wieczne a wymiana nie bardzo się opłaca), zaś nawigację GPS oferuje prawie każdy smartfon, nawet taki z najniższej półki? Ostatnio jednak przeglądając oferty na Allegro natrafiłem na sprawne urządzenie Mitac Mio 168, czyli takie jak moje, za skromne 32 zł (z wysyłką). Jeśliby dało się je w dzisiejszych czasach wykorzystać do nawigacji samochodowej, to moim zdaniem warto się zastanowić. W końcu na smartfon zawsze może ktoś zadzwonić i zakłócić nam nawigowanie w kluczowym momencie. Poza tym jeśli nie napiszę tego teraz, to już zapewne nigdy, a więc do rzeczy.

Przede wszystkim potrzebny jest Pocket PC z modułem GPS. Najlepiej wbudowanym, jak wspomniany Mio 168, ale były też takie z modułem GPS umieszczonym w uchwycie samochodowym, montowanym w gnieździe na kartę pamięci, podłączanym przy pomocy kabla lub nawet przez Bluetooth. Jeśli dysponujemy czymś takim (mój Mio 168 jeszcze działa) albo możemy kupić za niewielkie pieniądze (dużo poniżej ceny używanego smartfona, inaczej się nie opłaci), to mamy dobry początek.

Przydałby się jeszcze program do nawigacji i mapy. Kilka lat temu sprawa była prosta, bo na Pocket PC działało prawie wszystko: Automapa, MapaMap, Navigo, AutoPilot, że wymienię tylko te popularne w Polsce, ponadto oprogramowanie dołączane przez producentów urządzeń (jak Mio Map) i wiele, wiele innych. Dzisiaj jednak prawie wszyscy producenci oprogramowania porzucili platformę Pocket PC. Można wprawdzie zainstalować stary program, ale co z tego: stary program to stare mapy, a infrastruktura drogowa zmienia się ostatnio dość szybko, nie wspominając już o takich „drobiazgach” jak organizacja ruchu. Używanie starych map jest więc co najmniej niewygodne, jeśli nawet nie wpędzi nas w o wiele poważniejsze kłopoty.

Czyżby zatem definitywny koniec? Otóż nie. Z producentów oprogramowania nawigacyjnego na Pocket PC pozostał jeden – czeska firma MapFactor i jedna aplikacja, w dodatku darmowa i z mapami dla całego świata – Navigator Free. Program jest w dalszym ciągu rozwijany, aktualna wersja (w chwili gdy piszę te słowa) dla Pocket PC to 19.3.0. Można go pobrać stąd: http://download.mapfactor.com/NavigatorFree_install.exe. Pobrany plik należy zainstalować na komputerze PC z systemem Windows (obsługiwane są wszystkie wersje od XP do 10) i przy jego pomocy zainstalować nawigację na urządzeniu przenośnym. Wersja darmowa bazuje na wolnych mapach OpenStreetMap tworzonych i aktualizowanych przez użytkowników z całego świata. Istnieje również wersja komercyjna, bazująca na doskonałych mapach TomTom, ale nie będę namawiał do zakupu dosyć kosztownego oprogramowania na starą platformę sprzętową.

Na temat samej instalacji i konfiguracji nie będę się rozpisywał, gdyż wyszedłby z tego mały podręcznik. Wskazówki można znaleźć w internecie. Wspomnę tylko, że ważne jest prawidłowe skonfigurowanie modułu GPS. W większości wypadków zostanie on wykryty automatycznie, niekiedy jednak trzeba będzie wyjść na zewnątrz budynku, żeby GPS prawidłowo odebrał sygnały z satelitów. Jeśli chodzi o eksploatację, to na słabszych urządzeniach (takich jak Mio 168 czy Acer n35) polecam wyłączyć tryb 3D i szczerze zalecam przejrzenie wyznaczonej trasy przed wybraniem opcji „nawiguj”. No cóż: darmowe mapy z reguły są dokładne, ale zdarzają się błędy, zaś algorytm wyznaczania trasy też czasami działa dziwnie.

No dobrze: zainstalowaliśmy i skonfigurowaliśmy oprogramowanie, wyznaczamy trasę i jazda! Nie do końca. Okazało się, że na moim urządzeniu przy wyznaczaniu jakiejkolwiek dłuższej czy bardziej skomplikowanej trasy pojawia się komunikat błędu. Nie pomaga zalecane przejrzenie trasy w poszukiwaniu nieprzejezdnych odcinków, sprawdzenie wyjazdu z miejsca startu i dojazdu do celu, zmiana parametrów pojazdu (w tej wersji ustawia się tam również parametry dróg) i tak dalej. Kontaktowałem się w tej sprawie z producentem (chcieli ze mną gadać – znajdźcie mi drugą firmę, która daje wsparcie dla darmowego oprogramowania) i stwierdzili, że u nich problem nie występuje. Prawdopodobną przyczyną jest zbyt mała pamięć w moim Pocket PC. Kłopoty pojawiły się po aktualizacji do wersji 18.0.0 programu i występują z różnym nasileniem we wszystkich nowszych wersjach aż do aktualnej. Próbowałem przeczekać w nadziei że w końcu błąd zostanie usunięty – nic z tego. Prawdopodobnie do testowania oprogramowania wykorzystywane są mniej zabytkowe urządzenia.

Rozwiązaniem jest powrót do wersji 17.x (bez problemu współpracuje ona z najnowszymi mapami), jednak nie jest to proste. Instalator, niezależnie od wersji, zawsze pobiera z serwerów najnowsze oprogramowanie. Jak więc wybrnąć z sytuacji? Poniżej podaję instrukcję „krok po kroku”.
  • Pobieramy i instalujemy na komputerze PC Navigator 19 Setup Utility w aktualnie dostępnej wersji.
  • Wybieramy „Zainstaluj aplikację”, następnie „Zainstaluj Pocket Navigator”, „AutoPilot lub urządzenie Windows Mobile” i wreszcie „Przygotuj instalację na lokalnym dysku”. Wskazujemy jakiś uprzednio przygotowany pusty katalog lub tworzymy nowy i uruchamiamy instalację. Chodzi o to, żeby instalator pobrał z serwera oprogramowanie i zaznaczył sobie, że je pobrał. Na tym etapie nie instalujemy do urządzenia, bo zainstaluje się najnowsza wersja (chyba, że właśnie o to nam chodzi). Po wykonanej operacji zamykamy instalator. 
  • Pobieramy plik instalacyjny pocket_navigator.cab wersji 17.0.0 (taka się zachowała w moich archiwach) stąd: http://chomikuj.pl/mirekc/Freeware/Pocket+PC/pocket_navigator,7244659887.cab(archive). 
  • Teraz musimy podmienić instalatorowi ściągnięty przez niego plik pocket_navigator.cab na pobrany przez nas plik w starszej wersji. W tym celu musimy odnaleźć katalog, w którym ten plik jest przechowywany. Na moim komputerze z Windows XP jest to:
          C:\Documents and Settings\All Users\Dane aplikacji\Navigator\x.y\Install

    W miejsce x.y może być wstawiony numer konkretnej wersji. Pod Windows 10 szukać należy czegoś takiego:

          C:\ProgramData\Navigator\x.y\Install

    gdzie x.y jak wyżej. Jeśli odnalezienie katalogu sprawia trudności można uruchomić wyszukiwanie i podać nazwę pliku: pocket_navigator.cab.
     
  • Uruchamiamy ponownie instalator i instalujemy program nawigacyjny oraz mapy na urządzeniu. W celu zaoszczędzenia pamięci wszystko instalujemy na karcie SD lub CF, w zależności od interfejsu jakim dysponuje nasz Pocket PC. Można też instalować bezpośrednio na karcie pamięci przy pomocy czytnika. Powinna się zainstalować wersja 17.0.0. 
  • Kiedy pojawią się aktualizacje, instalujemy na urządzeniu tylko nowe mapy, nie zmieniając wersji oprogramowania.
W ten sposób nawet bardzo stary Pocket PC z modułem GPS, dysponujący niewielką pamięcią (w moim przypadku to tylko 64 MB), możemy przekształcić w pełnowartościowe urządzenie do nawigacji z całkiem przyzwoitym oprogramowaniem (choć może nie dorównującym najlepszym współczesnym aplikacjom) i aktualnym zestawem map. Szerokiej drogi!

Na koniec dobra informacja dla posiadaczy starszych dedykowanych nawigacji z systemem operacyjnym Windows CE. Nie wyrzucajcie ich! MapFactor obsługuje również takie urządzenia! Wystarczy tylko nawigację odblokować (opisy można znaleźć w internecie), żeby można było zainstalować oprogramowanie innego producenta.


A co z właścicielami nowoczesnych smartfonów i tabletów? Chcecie mieć nawigację offline nie pożerającą limitu transferu internetowego i działającą na całym świecie za darmo? Polecam wypróbować MapFactor Navigator Free. Być może to aplikacja również dla Was.

wtorek, 31 grudnia 2019

Stary komputer – nowy system operacyjny? Niekoniecznie


              No i stało się! Postanowiłem na moim starym HP Workstation xw6000 (specyfikacja tutaj) wymienić Windows XP na Windows 10. Głównie dlatego, że stareńki XP zaczyna już sprawiać pewne problemy jeśli chodzi o współpracę z innymi systemami (z takim jednym firewall-em chciałem zestawić VPN), serwisami WWW (stare przeglądarki nie zawsze sobie radzą), komunikatorami (większość już nie działa), czy serwisami komercyjnymi (IPLA nie działa, nowy klient Spotify – też itd.). W dodatku w związku z zakończeniem wsparcia dla Windows 7 pojawiły się w sklepach internetowych różne promocje, dzięki którym zdobycie licencji na Windows 10 może nie kosztować ponad 500 zł, a znacznie mniej.

              Na stronach Microsoftu odnalazłem wymagania dla nowego systemu, które okazały się całkiem łagodne: procesor 1 GHz, 2 MB RAM, dysk twardy 16 GB... Stwierdziłem, że mając do dyspozycji dwa procesory 2,8 GHz (wprawdzie tylko 32-bitowe), 2 MB RAM i partycję dyskową 32 GB powinienem 32-bitową wersję Windows 10 zainstalować bez problemu. No to do dzieła!

              Pobrałem obraz ISO nośnika Windows 10 32-bit edycja 1909 (polska), wypaliłem płytę DVD (32-bitowy obraz jeszcze się mieści na „zwykłej” płycie), włożyłem do napędu i uruchomiłem komputer. Pięknie: pojawiło się charakterystyczne logo Windows 10, komputer zaczął coś tam czytać z płyty i... restart! Po ponownym uruchomieniu z płyty – ponowny restart i tak bez końca. Pierwsze o czym pomyślałem, to że płyta jest jakaś wadliwa. Może obraz źle pobrany, albo źle nagrany... ale spróbowałem z niej wystartować trochę nowszego laptopa Lenovo z procesorem Pentium Dual Core i instalator uruchomił się normalnie. Zatem płyta dobra. Spróbowałem jeszcze raz na składaku z procesorem Pentium 4 2,4 GHz i zachował się podobnie jak xw6000. No to zacząłem szukać.

              Przeglądając internet natknąłem się na informację (ale nie na stronach Microsoftu), że wprawdzie minimum dla Windows 10 to procesor 1 GHHz, ale obsługujący technologie PAE, NX i SSE2. No właśnie: NX (od no execute), a w wydaniu Intela – XD-bit. Rzecz w tym, że ta technologia pojawiła się w procesorach Intel Pentium 4 w 2004 roku (technologia Prescott), a w procesorach Intel XEON – jeszcze dwa lata później. Tymczasem moje XEON-y w xw6000 to Presconia, a Pentium 4 w składaku – Northwood, wszystkie wypuszczone na rynek w 2002 roku. Tak więc na moim xw6000 Windows 10, nawet 32-bitowy, „nie pójdzie”. Szkoda tylko, że Microsoft nie sprecyzował dokładniej wymagań sprzętowych dla swojego systemu. Może nikt nie przypuszczał, że ktoś będzie próbował stawiać nowy Windows na „pełnoletnich” procesorach, jednak to dość marne wytłumaczenie.

              No a gdyby zainstalować system operacyjny spoza rodziny Windows? Na przykład Linux? Powiem tak: Linux (MX Linux 18) jest zainstalowany na moim komputerze, na oddzielnej partycji dyskowej i działa, jednak bardzo rzadko go uruchamiam. Dlaczego? Bo w typowych zastosowaniach „desktopowych”, a zwłaszcza przy obsłudze multimediów, jest mniej wydajny niż Windows XP, zaś dla tego ostatniego mam mnóstwo nazbieranych programów praktycznie do wszystkich interesujących mnie zastosowań. Poza tym problemy z VPN-em udało się obejść, znalazłem przeglądarkę działającą pod XP i całkiem dobrze radzącą sobie ze współczesnymi serwisami WWW (zainteresowanych odsyłam tutaj), komunikatory mnie nie bardzo interesują (zbyt absorbujące) a bez IPLI się obejdę (zresztą pod Linuksem też trzeba stosować „sztuczki”, żeby działała). Tak więc nie mam motywacji. Na pewno prędzej czy później zostanę zmuszony do porzucenia mojego XP (choćby dlatego, że nie będzie już ochrony antywirusowej, czy pojawią się nowe usługi z których będę chciał korzystać), ale czy wtedy będzie jeszcze jakaś dystrybucja Linuksa działająca na moim sprzęcie? Pożyjemy, zobaczymy. W każdym razie nie po raz pierwszy okazało się, że lepsze jest wrogiem dobrego.