niedziela, 19 czerwca 2016

Stary PC a video – część 1

Niektórzy z czytelników, zwłaszcza ci, którzy niedawno kupili nowe PC, bo na starym „zacinały się” filmy na YouTube, zapewne teraz pukają się w głowę. Czy ten człowiek przypadkiem nie zwariował? O czym on pisze! Stare PC i video? Przecież każdy wie, że do płynnego odtwarzania filmów na komputerze potrzeba dobrego (czytaj: wydajnego) sprzętu!

W zasadzie to wszystko prawda: im lepszy sprzęt, tym większe możliwości i przyjemność zabawy z multimediami. Postaram się jednak udowodnić, że również posiadając bardzo stary komputer możemy nie tylko obejrzeć film, ale nawet nieco go przerobić dostosowując do własnych potrzeb i możliwości posiadanych urządzeń.

Umówmy się jednak od razu: nie będę tu pisał o YouTube, ani ipla, ani o żadnych innych serwisach internetowych pokazujących filmy w odtwarzaczu będącym elementem strony WWW, czy też wymagających instalowania dedykowanych aplikacji. Nie podam też czarodziejskiego sposobu na odtworzenie materiału Full HD na komputerze z procesorem Pentium 1 GHz, bo takiego po prostu nie ma. To będzie materiał o video w starym stylu, kiedy to monitory LCD były niesamowitą nowością charakteryzującą się małymi rozmiarami i dużymi cenami, podstawową częścią odbiornika telewizyjnego była lampa kineskopowa, a udostępnienie filmu w Internecie polegało na skopiowaniu pliku na serwer i utworzeniu linku na stronie.

Na potrzeby tego artykułu potrzebowałem jednak przykładowego materiału filmowego, który mógłbym swobodnie przerabiać i publikować, zaś czytelnicy – pobierać i odtwarzać, bez oskarżeń o piractwo i związanych z tym szykan. Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby to był mój film, ale nie jestem filmowcem i nie dałbym rady stworzyć choćby odrobinę interesującego dzieła. Istnieje jednak film, który jest naprawdę interesujący (koniecznie obejrzyjcie w całości), a przy tym nie obłożony ograniczeniami dotyczącymi kopiowania, przeciwnie: autorzy zachęcają do rozpowszechniania go na wszelkie możliwe sposoby. To „Ukradnij ten film II”. Oryginalny plik, w rozdzielczości 1284x702 umieściłem tutaj. Polskie napisy do filmu można pobrać stąd.

Uwaga: w celu powtórzenia doświadczeń opisanych w tekście pliki należy pobierać, nie korzystając z odtwarzacza serwisu chomikuj.pl.

Jeśli po pobraniu tego filmu jesteście w stanie odtworzyć go płynnie na swoim komputerze, to znaczy, że Wasz sprzęt wcale nie jest jeszcze taki stary (przynajmniej posługując się kryteriami dinozaura). Jednak na moim laptopie Toshiba (Pentium III 500 MHz), czy stacjonarnym Siemens Scenic (Pentium III 540 MHz) o odtworzeniu czegoś takiego można tylko pomarzyć. Czy w takim razie jedynym wyjściem jest dać sobie spokój ze starym złomem i kupić szybszy komputer? Niekoniecznie. Plik video można bowiem przekodować i to nawet na takim sprzęcie, jak wyżej wymieniony.

1. Kino na starym PC

Zanim jednak o obróbce, zatrzymajmy się jeszcze na moment nad zagadnieniem odtwarzania. Zwykle potrzebne są do tego dwa programy: aplikacja odtwarzająca (co jest oczywiste), oraz kodek (od koder/dekoder) – rodzaj sterownika zdolny wyodrębnić obraz i dźwięk ze skompresowanego pliku.

Użytkownicy Windows mają zwykle zainstalowaną co najmniej jeden program do odtwarzania multimediów, jakim jest Media Player. Nie jest to wprawdzie najlepsza aplikacja tego typu, ale filmy daje się oglądać. Gorzej z kodekami: formatów kodowania plików video jest co najmniej kilkadziesiąt, a wiodących – kilkanaście. Jeśli jednak używamy Windows 98, 2000 lub nawet XP, to standardowo w systemie mamy zainstalowanych tylko kilka kodeków, starych i mało popularnych ze względu na niski stopień kompresji (a nieskompresowane lub słabo skompresowane materiały video to naprawdę ogromne ilości danych).

Poniżej postaram się przedstawić kilka programów, które mogą się przydać przy odtwarzaniu filmów na starym PC. Wybór jest bardzo subiektywny, wszystkie prezentowane programy spełniają jednak dwa kryteria: bardzo wysoka wydajność i niskie wymagania systemowe (zwykle kosztem „bajerów” interfejsu i dodatkowych funkcji), oraz kompatybilność z Windows 98.


VLC Media player to jeden z najlepszych odtwarzaczy multimedialnych dla PC. Charakteryzuje się bardzo dużą wydajnością, co oznacza że można płynnie odtwarzać pliki filmowe nawet na stosunkowo słabym sprzęcie. Dodatkową zaletą jest to, że dysponuje on własnym zestawem kodeków, co pozwala na nie instalowanie ich w systemie operacyjnym. Wersja 0.8.6i jest ostatnią z oficjalnym wsparciem dla Windows 98. Po zainstalowaniu KernelEx można uruchamiać również nowsze wersje odtwarzacza, aż do 2.0.5 (tryb kompatybilności należy pozostawić domyślny), a nawet, z pewnymi ograniczeniami, do 2.2.4. Pamiętać jednak należy, że nowsze wersje programu nie mają już tak zadziwiającej wydajności, oraz mają większe wymagania systemowe. Osobiście, po przeprowadzeniu wielu prób, zalecam dla Windows 98 wersję 0.8.6i. No a co, jeśli jakiś plik nie chce się odtwarzać? Mamy trzy wyjścia: spróbować w innym odtwarzaczu, przekodować plik (o czym w drugiej części), lub przenieść się na komputer z nowszym systemem operacyjnym, co pozwoli uruchomić nowszy odtwarzacz i użyć nowszych kodeków.

Media Player Classic 6.4.9.0

Media Player Classic to według mnie najwydajniejszy z odtwarzaczy multimedialnych. Interfejs wprawdzie nie powala na kolana (przypomina stary Windows Media Player), ale w końcu coś za coś. Program nie dysponuje własnym zestawem kodeków, bazując na tych, które są zainstalowane w systemie. Występuje w dwóch wersjach: dlaWindows 98/ME i dlaWindows 2000/XP. 6.4.9.0 to ostatnia wersja wypuszczona w ramach projektu Media Player Classic. Dalej program jest rozwijany jako Media Player Classic Home Cinema, dysponuje już własnymi kodekami, ale nie współpracuje z Windows 98.
Uwaga: Media Player Classic dla Windows 98 „nie lubi” KernelEx. Dla tej aplikacji należy rozszerzenie wyłączyć (menu kontekstowe → „Właściwości” → zakładka „KernelEx” → „Disable KernelEx extensions”).


Właściwy dobór kodeków, to w zasadzie największa trudność w przystosowywaniu systemu do pracy z multimediami: niektóre „gryzą się” pomiędzy sobą, inne są mało wydajne, jeszcze inne potrafią destabilizować system. Zadanie staje się znacznie prostsze, jeśli zainstalujemy ffdshow. To właściwie nie jest samodzielny kodek, tylko filtr DirecShow pełniący funkcję uniwersalnego kodeka obsługującego większość formatów video i audio. Wersja 2322 jest ostatnią z oficjalnym wsparciem dla Windows 98. Z KernelEx można próbować uruchamiać nowsze, ustawiając tryb kompatybilności na Windows 2000 SP4, co może zaowocować możliwością odtwarzania większej liczby formatów plików. Nie potrafię jednak wskazać, do której wersji ffdshow daje się uruchomić w ten sposób. Ja pod Windows 98 instaluję 2322.


Skoro w charakterze kodeka używamy filtru DirectShow, to w systemie musi być zainstalowany DirectX. Wersja 9.0c jest ostatnią, która instaluje się i działa pod Windows 98. Po zakończeniu wsparcia dla tego systemu, Microsoft rozpowszechnił jednak w Internecie instalator DirectX 9.0c, który wymaga co najmniej Windows XP, dlatego sprawdzoną wersję dla 98 umieściłem w swoim archiwum i można ją pobrać stąd.

Teraz, mając zainstalowaną aplikację odtwarzającą i kodeki, możemy spróbować obejrzeć nasz film. Ale, ale: napisałem przecież, że oryginalny plik nie będzie odtwarzał się płynnie na słabym sprzęcie. No to spróbujmy tego. Oryginał przekodowano w taki sposób, że rozdzielczość obrazu została zmniejszona do 640x480 pikseli, a strumień danych – ograniczony do 1210 Kbit/s. Taki plik odtwarza się płynnie na moich komputerach z Pentium III, a podejrzewam, że jakiś szybszy Pentium II też by dał radę.

A co z jakością? Zmniejszenie rozdzielczości skutkuje subiektywnym wrażeniem pogorszonej ostrości, a ograniczenie przepustowości – pojawieniem się, zwłaszcza w scenach z bardzo dynamicznie zmieniającym się obrazem, charakterystycznych zakłóceń, tak zwanych artefaktów. Rzecz jednak w tym, że w czasach telewizorów kineskopowych wady te były praktycznie niezauważalne (kineskop i tak „rozmywa” obraz, przy okazji maskując artefakty), a i teraz na małym monitorze (21 cali to jeszcze mały), a taki mamy zwykle podłączony do starego PC, czy na ekranie laptopa, jakość jest wystarczająca.

Generalnie rzecz biorąc, potrzebujemy tym większej rozdzielczości, im większy jest ekran, na którym oglądamy film i im mniejsza jest odległość widza od ekranu. Mając to na względzie spróbowałem odtworzyć ten plik na 32 calowym telewizorze, zachowując odległość, z jakiej normalnie oglądam telewizję. Według mojej, subiektywnej oceny, wynik był zadowalający. Oczywiście wyraźnie było widać, że to nie jest full HD, a nawet nie obraz telewizyjny w rozdzielczości SD, ale film dało się oglądać, zwłaszcza że (podobnie jak w przypadku wielu innych filmów), najważniejsza jest tu treść a nie piękno obrazu.

Załóżmy jednak, że ktoś z czytelników ma naprawdę zabytkowy komputer, z procesorem taktowanym, powiedzmy, poniżej 400 MHz, na którym nawet przekodowany materiał się „zacina”. Czy na tym nie da się już obejrzeć żadnego filmu? Nadal niekoniecznie. Można wypróbować ten plik w formacie 3GP, przygotowany w zasadzie z myślą urządzeniach mobilnych, albo ten, w standardzie Video CD (o którym w drugiej części napiszę nieco więcej). Uwaga: plik VCD ma napisy wkopiowane w materiał video, nie należy więc używać oddzielnego pliku tekstowego. Oczywiście zmniejszenie wymagań systemowych odbywa się kosztem jakości, ale za to możemy wykorzystać sprzęt, którego nikt by chyba dzisiaj nie posądzał o możliwości multimedialne.

2. Kino w kieszeni

Posiadacze nowoczesnych smartfonów nie mają żadnego problemu: ich urządzenia są w stanie odtworzyć w zasadzie każdy film, często nawet w rozdzielczości Full HD, rzecz sprowadza się jedynie do skopiowania wybranego pliku do pamięci telefonu lub na kartę micro SD. Można też wykorzystać tablet, ale ten się w kieszeni nie zmieści (no, chyba że to tablet 7" i kieszeń płaszcza).

Trafiają się jednak dinozaury (sam się do nich zaliczam), które nie używają smartfonów i z trudem przekonują się do tabletów (tak, mam tablet z systemem Android, ale przez większość czasu leży na półce, może jeszcze kiedyś napiszę dlaczego).

Spróbujmy zatem wykorzystać Pocket PC. Specyfikacja sprzętowa nie zachęca: jednordzeniowy, „dziwny” procesor, z bardzo wolnym taktowaniem (w moich urządzeniach: 266 i 300 MHz), mały, 3,5" wyświetlacz z mizerną rozdzielczością 320x240 pikseli, niewielka pamięć wewnętrzna, w której nie zmieści się żaden plik z pełnometrażowym filmem.

Stosunkowo najłatwiej poradzić sobie z tym ostatnim problemem: pliki filmowe umieszczamy na kartach pamięci obsługiwanych przez nasze urządzenie (w moim przypadku – karty SD).

Potrzebny jest jeszcze odtwarzacz. Wprawdzie system Windows Mobile 2003, w jaki wyposażone są moje kieszonkowe komputerki, zawiera Pocket Media Player, ale obsługuje on niewiele formatów plików. Polecam pobranie TheCore Pocket Media Player (TCPMP) 0.81. Nie wymaga on instalacji, wystarczy skopiować rozpakowany z archiwum katalog na nasz Pocket PC. Warto wygospodarować na odtwarzacz trochę miejsca w pamięci wewnętrznej urządzenia, nawet kosztem skasowania kilku gier. Da nam to możliwość swobodnego wymieniania kart SD z filmami.

No a plik? Wprawdzie TCPMP obsługuje wiele formatów, ja jednak przygotowałem plik3GP, w standardzie opracowanym dla telefonów (bardzo popularny w starszych modelach Nokii). Na kieszonkowych komputerkach sprawdza się wybornie. Wprawdzie rozdzielczość to tylko 352x288 pikseli, a strumień danych – 950 Kbit/s, ale na takim wyświetlaczu pogorszenia jakości obrazu i tak nie zauważymy, za to płynność odtwarzania będzie bez zarzutu. Plik z napisami można pobrać stąd.

Tutaj zaczyna się problem: wprawdzie przygotowałem plik z napisami w formacie, który powinien być obsługiwany przez TCPMP, ale pomimo wielu prób nie udało mi się uzyskać ich wyświetlania. Być może nie potrafię czegoś skonfigurować, albo mam zbyt starą wersję systemu Windows Mobile. W Internecie znalazłem informacje o poprawnym wyświetlaniu napisów we wcześniejszej wersji odtwarzacza, wyposażonej w odpowiednią „wtyczkę”. Nie chciało mi się w to bawić, zastosowałem więc obejście w postaci tegopliku, w którym napisy zostały wkopiowane w materiał video. Jak to zrobić? Proszę o cierpliwość, ciąg dalszy (być może) nastąpi.

wtorek, 29 marca 2016

Z czym do PDF?

Uważny czytelnik poprzednich wpisów dotyczących zastosowań biurowych starych komputerów z pewnością zauważył, że o ile w przypadku, gdy wyniki pracy mają mieć formę dokumentu drukowanego na papierze, możemy sobie praktycznie swobodnie korzystać z naszego leciwego sprzętu i oprogramowania uzyskując w pełni profesjonalne wyniki, o tyle wymiana dokumentów w formie elektronicznej napotyka na trudności: starsze oprogramowanie nie odczytuje formatów dokumentów sporządzonych przy pomocy nowszych wersji i na odwrót, a nawet jeśli odczytuje, pojawiają się problemy z formatowaniem. Do nielicznych chlubnych wyjątków należy OpenOffice, w którym nie ma większych problemów z wymianą plików utworzonych w różnych wersjach oprogramowania, chociaż współpraca z użytkownikami pakietów Microsoftu nie wygląda już tak dobrze.

Od czego jednak format PDF? Wprawdzie pliki w tym formacie nie są w zasadzie przeznaczone do modyfikowania (chociaż istnieją programy, głównie komercyjne, umożliwiające ich edycję), ale za to mogą być odczytywane i tworzone przy pomocy niemal każdego komputera, pod kontrolą prawie każdego systemu operacyjnego. Postaram się udowodnić, że również posiadacze nawet bardzo wiekowych komputerów PC nie stoją w tym przypadku na straconej pozycji.

Dla porządku dodam tylko, że nie będę się tu zajmował rozszerzeniami formatu PDF o elementy interaktywne (formularze z edytowalnymi polami) czy multimedialne. Są one oczywiście przydatne, ale efekty takie można osiągnąć innymi metodami, nie pakując „na siłę” do PDF-a. Ograniczam się do takich dokumentów, które niczego nie tracą po przeniesieniu na papier.

1. Czytniki PDF

Na początek zajmijmy się programami umożliwiającymi odczytywanie plików PDF na komputerach z systemem operacyjnym Windows 98 (i starszymi). Użytkownicy nowszego sprzętu i nowocześniejszych systemów operacyjnych bez trudu znajdą odpowiednie oprogramowanie sami.


Naturalnym wyborem wydaje się Adobe Reader. Został opracowany przez autorów specyfikacji (co powinno skutkować bezbłędnym i sprawnym działaniem), wersje aż do 6.x pracują pod Windows 98, zaś otwieranie plików z zabezpieczeniami „antypirackimi” (DRM) może być możliwe tylko przy pomocy czytnika firmy Adobe. Na uwagę zasługują duże możliwości konfiguracji, zwłaszcza jeśli chodzi o dostosowanie sposobu wygładzania wyświetlanego tekstu i obrazów do parametrów monitora i indywidualnych preferencji użytkownika. Wprawdzie rozwój formatu PDF nie stoi w miejscu, jednak Adobe Reader w wersji 6.0 i dziś jeszcze powinien poradzić sobie z większością plików. Podstawowym zarzutem stawianym temu programowi jest stosunkowo długi (jak na prosty czytnik) czas uruchamiania oraz powolne działanie na komputerach o słabej konfiguracji sprzętowej. Bez przesady jednak: mówimy o „słabej konfiguracji” na rok 2005. Wtedy Pentium III 500 MHz i 128 MB RAM nie było jeszcze takie złe.


Foxit PDF Reader to jedna z najbardziej znanych alternatyw dla Acrobat Readera. W porównaniu z czytnikiem firmy Adobe odznacza się znacznie większą szybkością uruchamiania, wydajniejszą pracą i dużo mniejszym zapotrzebowaniem na zasoby systemowe. Wszystkie te cechy sprawiają, że wydaje się on szczególnie odpowiedni dla starych komputerów. Podstawową wadą jest brak „wtyczek” obsługujących DRM.

Przegląd rozpoczynam od wersji 1.3, która z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się bardzo przestarzała: zapewnia jedynie podstawową funkcjonalność i ma problemy z otwieraniem nowszych wersji plików PDF. Ma też jednak swoje zalety: wyjątkowo małe zapotrzebowanie na zasoby systemowe i nie wymaga instalacji (wystarczy skopiować plik EXE). Polecam szczególnie użytkownikom najsłabszych konfiguracji sprzętowych, oraz... użytkownikom systemu operacyjnego Windows 95, z którym ta wersja Foxit Readera jest kompatybilna (nowsze już nie).


To ostatnia kompilacja Foxit Readera z serii 2.x i zarazem ostatnia oficjalnie współpracująca z Windows 98. W porównaniu z wersją 1.3 znacznie lepiej radzi sobie z różnymi wersjami plików PDF i jeśli z jakichś powodów nie chcemy instalować KernelEx (właściwie z jakich?) pozostaje, moim zdaniem, najlepszym wyborem dla Windows 98. Wprawdzie dystrybuowana jest w postaci pliku instalacyjnego, jednak to tylko dla wygody. W rzeczywistości program nie wymaga instalacji, po skopiowaniu na inny komputer katalogu z aplikacją lub nawet samego pliku EXE – będzie działał.


To z kolei ostatnia kompilacja z serii 3.0, ale nie ostatnia 3.x. W porównaniu z wersjami 2.x znacznie lepiej radzi sobie z nowymi wersjami plików PDF aż do standardu 1.7. Dla mnie to wybór do codziennej pracy pod Windows 98 z KernelEx. Działa szybko i w miarę stabilnie, chociaż istnieje przeglądarka jeszcze szybsza i jeszcze „lżejsza”, o czym trochę dalej.

Nowsze wersje Foxit PDF Reader (KernelEx)

Korzystając z KernelExa można pod Windows 98 uruchamiać jeszcze nowsze wersje PDF Readera, teoretycznie, z pewnymi dodatkowymi „kombinacjami” (potrzebne jest między innymi KernelEx Auxiliary PSAPI.DLL Update) aż do wersji 7.x. Jednak po zainstalowaniu wersji 3.2 (która żadnych „kombinacji” nie wymaga) stwierdziłem, że wprawdzie program działa i pliki PDF dają się przeglądać, ale po otwarciu panela zakładek (Bookmarks), zamiast liter widoczne są jakieś kwadraciki i inne „krzaczki”. Ja lubię, kiedy mi wszystko działa poprawnie, dlatego pozostałem (pod Windows 98) przy wersji 3.0.

Uwaga:
Wszystkie wersje Foxit Readera uruchamiane pod Windows 98 mają wadę polegającą na „wyciekaniu” pamięci. Objawia się to tym, że im dłużej używamy programu i im więcej wykonujemy w nim operacji polegających głównie na przewijaniu czytanego tekstu, tym więcej pamięci systemu program zajmuje, aż do „wyłożenia się” Windows z powodu braku zasobów. To właśnie między innymi z powodu tego programu zalecam (patrz artykuł „Jak z Windows 98 zrobić system operacyjny - cz. 3”) używanie miernika zasobów systemowych: kiedy ikona w zasobniku zmieni kolor na żółty (a jeśli na czerwony, to natychmiast), zamykamy Foxit Readera i po kilku chwilach otwieramy ponownie. Większość zablokowanej pamięci zostanie zwolniona, a dzięki zapamiętywaniu przez program ostatnio czytanej strony dokumentu, operacja nie jest specjalnie uciążliwa.

Sumatra PDF 1.3 KernelEx

To chyba zdecydowanie najszybsza i „najlżejsza” przeglądarka PDF dla komputerów PC. Wprawdzie autor, Krzysztof Kowalczyk, zarzekał się na forum, że program nie jest kompatybilny z Windows 98, ale może dlatego stworzył być może najlepszą przeglądarkę PDF dla... Windows 98, oczywiście pod warunkiem używania KernelExa (tryb kompatybilności należy ustawić na Windows XP). Program nie dorównuje funkcjonalnością Foxit Readerowi, ale też nigdy nie miał taki być: nacisk został położony zdecydowanie na szybkość działania i małe rozmiary aplikacji. No ale czy naprawdę w warunkach domowych nie możecie żyć bez zaawansowanych funkcji w przeglądarce PDF?

Sumatra pod Windows 98 nie zachowuje się zbyt dobrze jako domyślna przeglądarka. Przy próbie wywołania przez kliknięcie odnośnika w innej aplikacji (np. załącznika w formie pliku PDF w programie pocztowym) może się po prostu nie uruchomić. Jest to główna przyczyna tego, że u mnie domyślną przeglądarką pozostaje Foxit Reader, ale zainstalowane mam obie.

Nowsze wersje Sumatra PDF (KernelEx)

Według informacji na stronie Wiki, z KernelEx można uruchamiać pod Windows 98 również nowsze wersje Sumatra PDF, aż do 3.1.1. Związane to jest z różnymi trudnościami: albo wymagane są rozszerzenia KernelEx w rodzaju Kext, albo wymiana w systemie niektórych plików DLL, albo wreszcie niektóre elementy programu Sumatra PDF, jak na przykład przyciski czy menu, nie działają poprawnie. Ja nie mam dużo czasu na eksperymenty i lubię jak mi wszystko działa, zostaję zatem przy wersji 1.3.

2. PDF na Pocket PC

Wydaje się, że chyba nie można sobie wyobrazić gorszego urządzenia do przeglądania dokumentów w formacie PDF, niż Pocket PC. Ekran o przekątnej 3,5 cala i rozdzielczości 240x320 powoduje, że na wyświetlonej stronie nie da się nic odczytać. Można wprawdzie powiększyć obraz tak, aby litery stały się czytelne, ale wtedy wiersz nie mieści się na ekranie i trzeba bez przerwy przewijać w prawo i w lewo. Nie pomaga nawet obrócenie obrazu o 90°. Na coś takiego można się ewentualnie zgodzić tylko od czasu do czasu, w sytuacjach „wyższej konieczności”. Wszystko byłoby w porządku, gdyby udało się „przełamać” wiersz w innym miejscu, tak aby po powiększeniu długość wiersza była dopasowana do szerokości ekranu. Na to jednak „sztywny” format PDF nie pozwala: obraz na ekranie ma wiernie (w miarę możliwości) odwzorowywać wygląd strony wydrukowanej.


Rozwiązaniem zaproponowanym przez firmę Adobe jest plik PDF ze znacznikami (tagged PDF). W tym formacie do pliku dodawana jest specjalna informacja umożliwiająca dostosowanie wyświetlania dokumentu do możliwości urządzeń mobilnych. Czytnikiem obsługującym takie pliki jest Adobe Reader 2.0 dla Pocket PC. Cóż jednak począć, skoro większość plików PDF nie zawiera tych znaczników? Microsoft to przewidział: podczas kopiowania pliku PDF na urządzenie mobilne przy użyciu programu ActiveSync, proponowana jest automatyczna konwersja*. Nie jest to może najszybszy sposób, ale skuteczny.

Może nie jedyny, ale chyba najważniejszy problem dla polskiego czytelnika polega na tym, że to rozwiązanie nie zawsze działa zgodnie z oczekiwaniami, a to ze względu na różne standardy kodowania „polskich znaków”: nie dość, że mogą być one w niektórych plikach nieprawidłowo wyświetlane, to jeszcze ich kody mogą kolidować ze znacznikami używanymi do formatowania, wskutek czego po konwersji na tagged PDF otrzymamy nieczytelną „sieczkę”.


Program PocketXpdf należący do oprogramowania open source i wywodzący się z linuksowego projektu Xpdf oferuje inne rozwiązanie problemu: klikając „View” → „View Text Only” otrzymujemy podgląd czystego tekstu „wyciągniętego” z pliku PDF. Prezentowany jest on czcionką rastrową, która jest maksymalnie kontrastowa (każdy piksel jest albo „biały”, albo „czarny” bez odcieni pośrednich), a jej kontury są „ostre”, bez żadnego rozmycia. Nie jest może tak ładna, jak oryginalna czcionka dokumentu, ale czy trzeba koniecznie odtwarzać wygląd czcionki? W przypadku większości dokumentów najważniejsza jest treść.

Na prezentowanej fotografii widoczna jest pewna wada tej metody: nie wszystkie wiersze przełamane są prawidłowo. Zdarza się, że przeniesienie następuje w środku wyrazu, w innym znów miejscu znak przeniesienia występuje w środku wiersza. Zapewniam jednak, że łatwo się do tego przyzwyczaić i czytanie nawet obszernych tekstów, takich jak e-booki, nie nastręcza większych trudności.

Jeszcze uwaga na temat „polskich znaków”. W prezentowanym przykładzie zostały one przekodowane poprawnie, nie zawsze jednak sytuacja wygląda tak dobrze i może się zdarzyć, że po przełączeniu do widoku tekstowego widzimy jakieś „krzaczki”. Istnieją też pliki PDF skonstruowane w ten sposób, że najpierw wyświetlana jest odpowiednia litera z podstawowego alfabetu łacińskiego, potem jest znak powrotu karetki wirtualnej drukarki i „dorysowywany” jest „ogonek”. PocketXpdf nie interpretuje jednak powrotów karetki, wskutek czego znak i „ogonek” występują obok siebie. Czytanie takich plików może być bardzo uciążliwe.

Jeśli dokument PDF nie daje się przeglądać na Pocket PC żadnym z dostępnych czytników, można spróbować jeszcze jeszcze jednej drogi wyjścia: konwersji na inny format, bardziej „strawny” dla urządzeń mobilnych. O tym jednak zamierzam napisać później, poświęcając odrębny wpis czytaniu e-booków.

3. Tworzymy PDF-y

Skoro z odczytywaniem plików PDF nie ma większych problemów, zastanówmy się teraz, jak je tworzyć, oczywiście na naszych leciwych PC-tach. Naturalnie nie używamy do tego pełnej wersji Adobe Acrobat, chociaż jego starsze wersje działają pod Windows 98 i jest on narzędziem o bardzo dużych możliwościach, pozwalającym nie tylko tworzyć, ale także obrabiać pliki PDF. Kosztuje jednak stanowczo za dużo w stosunku do swojego przeznaczenia. Pozostawmy zatem to narzędzie profesjonalistom, chyba że ktoś już ma licencję, na przykład zakupioną przez pracodawcę, wtedy jak najbardziej może używać.

Dla tych jednak, którzy nie chcą płacić dużych pieniędzy (a najlepiej żadnych) za możliwość tworzenia plików PDF, wymyślono stosunkowo proste programy, działające na zasadzie wirtualnej drukarki. „Wydrukowanie” dokumentu na takiej drukarce powoduje w rzeczywistości utworzenie PDF-a. Jako że jest to możliwe z poziomu dowolnej aplikacji Windows, wliczając w to procesory tekstów, edytory graficzne, programy typu CAD, a nawet oprogramowanie do małej poligrafii (desktop publishing), uzyskujemy w praktyce bardzo duże możliwości kreowania elektronicznych dokumentów.

OpenOffice

Zanim jednak przejdę do prezentacji wirtualnych drukarek, krótka uwaga dla użytkowników OpenOffice. Oprogramowanie to, poczynając od wersji 1.1, wyposażone jest we wbudowany mechanizm eksportu do pliku PDF. Wystarczy utworzyć dokument i kliknąć odpowiednią ikonę na pasku narzędzi. Jeśli więc używacie tego pakietu, a źródłem dla plików PDF mają być dokumenty Office, to właściwie możecie dalej nie czytać.


Miałem postanowienie, żeby nie przedstawiać na tym blogu oprogramowania w wersjach demonstracyjnych. Zwykle ma ono ograniczone możliwości lub czas działania, a częste instalowanie i odinstalowywanie aplikacji zaśmieca system, co jest szczególnie uciążliwe w przypadku Windows 98 i może w końcu wymusić reinstalację systemu.

Jeden z nielicznych wyjątków robię dla PDF Factory, a to ze względu na zalety programu: jest bardzo „lekki”, prosty w instalacji i obsłudze, działa stabilnie i tworzy naprawdę dobrej jakości pliki PDF. Wersja demonstracyjna ma pełną funkcjonalność, a jej jedyną „wadą” jest dodawanie na każdej stronie tworzonego dokumentu stopki o treści: „PDF stworzony przez wersję demonstracyjną pdfFactory www.pdffactory.pl”. To może nie przeszkadzać w przypadku generowania plików do użytku domowego, ale wysłać komuś taki plik, to już jakoś trochę wstyd. Aby pozbyć się tego niechcianego „dodatku” należy zarejestrować program. Rejestracja PDF Factory nie jest zbyt kosztowna, jednak jeśli chodzi o starsze wersje, może napotykać trudności. Kiedyś, za czasów edycji 1.x, było tak, że kto wykupił kod rejestracyjny, miał prawo do bezpłatnej aktualizacji oprogramowania. W konsekwencji kod zakupiony z nowszą wersją pasował również do starszej. Zmieniło się to wraz z wypuszczeniem wersji 2.0: zasada pozostała, ale tylko w obrębie danej edycji, identyfikowanej przez pierwszą cyfrę. Tak więc, jeśli dzisiaj ktoś zarejestruje PDF Factory w wersji 5.35 (aktualna na dzień pisania tego artykułu), nie użyje otrzymanego kodu do aktywacji wersji 3.25. Pozostaje więc pozyskanie klucza rejestracyjnego „z drugiej ręki” od kogoś, kto zaprzestał korzystania z programu, używanie wersji niezarejestrowanej (ale tylko do domowego użytku), lub poszukanie innego, całkowicie darmowego oprogramowania.

Uwaga:
Podczas instalacji PDF Factory 3.25 pod Windows 98 może wystąpić komunikat błędu sygnalizujący brak biblioteki GDIPLUS.DLL. Biblioteka ta nie jest standardowo instalowana w tej wersji systemu Windows. Można ją pobrać stąd i po rozpakowaniu skopiować do katalogu systemowego (zwykle C:\WINDOWS\SYSTEM). Można też zainstalować PDF Factory 2.54 – wcześniejszą, ale niemal tak samo funkcjonalną wersję, która nie wymaga tej biblioteki.


Znalezienie bezpłatnej alternatywy dla PDF Factory nie okazało się proste. Niby programów tego typu było całkiem sporo, a jednak generowane pliki jakieś „nie takie”: czcionka jaśniejsza, mniej kontrastowa, bardziej „rozmyta”, całość męcząca podczas czytania. Wyłączenie wygładzania czcionek w Adobe Reader zdradza istotę problemu (kliknięcie obrazu spowoduje jego powiększenie):

Z lewej – fragment pliku utworzonego przez PDF factory, z prawej – inny program (w tym przypadku Pdf995 z nieoptymalnymi ustawieniami). Czcionki po prawej mają poszarpane kontury i występują ubytki pikseli. Po wygładzeniu w czytniku prezentują się przyzwoicie, ale ma to swoją cenę. Generalnie, efekt końcowy jest tym lepszy, im lepsza jest wyjściowa jakość czcionki, przed wygładzeniem.

Poniżej prezentuję dwa programy, które pomimo że nie dopisują niczego do wyjściowego pliku, generują PDF-y przyzwoitej jakości.


Pdf995 to pierwszy ze znalezionych przeze mnie darmowych programów do tworzenia plików PDF. Po zainstalowaniu i pierwszych próbach potrafi zniechęcić: nie dość, że jakość wygenerowanego pliku nie jest najlepsza, to jeszcze brakuje „polskich liter”. Nie zniechęcajmy się jednak: program wymaga niewielkich poprawek konfiguracyjnych.

Otwieramy folder drukarek („Start” → „Ustawienia” → „Drukarki”) i klikamy prawym klawiszem myszy ikonę drukarki PDF995. Z menu wybieramy „Właściwości” i klikamy zakładkę „Czcionki”. Wyświetli się formatka jak na ilustracji, zaznaczona jest opcja „Używaj wbudowanych czcionek drukarki zamiast czcionek TrueType”.

Co to są jednak, w tym przypadku, „wbudowane czcionki drukarki”? Są to czcionki dystrybuowane z programem GhostScript, który został wykorzystany jako „silnik” konwertujący z formatu PostScript na PDF. Tylko że te czcionki nie zawierają polskich znaków diakrytycznych. Należy spowodować, by używane były czcionki systemowe, zaznaczając „Wyślij czcionki TrueType do drukarki zgodnie z tabelą podstawień czcionek”.

To jednak nie wszystko, należy kliknąć przycisk „Wyślij czcionki jako...” i na wyświetlonej formatce ustawić próg przełączania pomiędzy ładowaniem czcionek bitmapowych i konturowych na „1” (domyślnie jest „100”).

Teraz możemy wydrukować stronę testową. Jeśli wszystko się udało, powinniśmy otrzymać plik PDF dobrej jakości.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden szczegół: darmowa wersja Pdf995, choć jej używanie jest całkowicie legalne, za każdym razem otwiera przeglądarkę internetową i wyświetla stronę sponsora, a przynajmniej tak było. Obecnie sponsora już nie ma, ale dalej otwierana jest strona internetowa z informacją, że do konwersji z PostScriptu na PDF wykorzystywany jest GNU GhostScript 7.05 (w najnowszej wersji programu).

Jeśli ta ostatnia „właściwość” za bardzo przeszkadza (a ma przeszkadzać), mamy dwa wyjścia: albo zapłacić (skąd to wiedzieliśmy?), albo wypróbować ostatni program z mojej listy.


Ukazanie się PrimoPDF okazało się, przynajmniej dla mnie, na długie lata końcem poszukiwań programu do tworzenia plików PDF. Jest nie tylko darmowy, również do użytku w firmie, ale tworzy bardzo przyzwoitej jakości pliki. Pierwszej wersji daleko wprawdzie do funkcjonalności PDF Factory, brakuje na przykład możliwości skumulowania kilku wydruków w jednym pliku, ale dla mnie wystarcza.

Wersja działająca pod Windows 98 wykorzystuje, podobnie jak Pdf995, program GhostScript w charakterze „silnika” konwertującego, zatem w celu uzyskania zadowalającej jakości wynikowych plików wymaga analogicznej konfiguracji jak poprzednik.

Użytkownicy Windows 2000 mogą zainstalować nieco bardziej rozbudowaną i dopracowaną wersję PrimoPDF 2.0.

* To stwierdzenie jest nie do końca prawdziwe. Jeśli Acrobat Reader nie jest zainstalowany, konwersja podczas kopiowania nie jest dostępna. Jest to zatem funkcjonalność dodawana przez firmę Adobe i przypisywanie całej zasługi Microsoftowi nie jest tutaj słuszne, chociaż niewątpliwie współpraca musiała być.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Z czym do biura – część 3

Przyszła pora na zaprezentowanie pakietów biurowych. Mamy tu do czynienia z mniej lub bardziej zintegrowanymi zestawami programów zawierającymi obowiązkowo procesor tekstu i arkusz kalkulacyjny, oraz (zwykle) program do tworzenia prezentacji, jakiś edytor grafiki, często bazę danych i czasem inne moduły. Chciałbym tutaj przedstawić kilka takich pakietów, przy czym podstawowym kryterium wyboru będzie nie tylko ich funkcjonalność, ale również możliwość uruchamiania i wydajnej pracy na starym sprzęcie komputerowym, pod kontrolą Windows 98 lub nawet starszych wersji. Wymagam też żeby oprogramowanie było możliwe do uzyskania za darmo lub za niewielkie pieniądze, w końcu przecież nikt nie będzie inwestował w stary komputer.

Od razu, żeby nie było nieporozumień: nie będę tutaj pisał o Microsoft Office, chociaż to bardzo dobre (niektórzy uważają, że najlepsze) oprogramowanie, zaś starsze wersje pracują z powodzeniem pod Windows 98 na leciwym sprzęcie. Jeśli ktoś ma wykupioną licencję, może sobie używać. Jeśli jednak nie ma, to zdobycie starszych wersji pakietu może być bardzo trudne: Microsoft bardzo „ostro” pilnuje praw autorskich i dystrybucji swojego oprogramowania. Nie ma mowy o dołączeniu nawet bardzo starych wersji jako „bonusu” do jakiejś gazety, nie ma mowy o żadnym oprogramowaniu „porzuconym”, udostępnianiu kodu źródłowego i tym podobnych pomysłach. Firma próbuje nawet kontrolować rynek wtórny (do czego według regulacji w większości krajów europejskich nie ma prawa), a zainteresowany nabyciem bezpośrednio od partnerów Microsoftu może spotkać się z propozycją zakupu najnowszej wersji pakietu, co daje prawo do „downgrade-u”. To tak, jakbym musiał kupić, powiedzmy, nowego Fiata 500, żeby mieć prawo jeździć „Maluchem”. Dziękuję, nie skorzystam.

Perfect Works 2.1

Na początek miało być trochę egzotyki. Chciałem opisać pakiet Perfect Works 2.1 firmy Novell, który pojawił się na rynku w 1995 roku, aby zniknąć rok później. Oprogramowanie to jest niesamowicie wydajne, przy naprawdę minimalnych wymaganiach systemowych. Jako takie jest wręcz stworzone dla „zabytkowych” komputerów.

Rozpocząłem jednak przygotowywanie tego tekstu przy pomocy Perfect Works, trochę dla zabawy, a trochę żeby sobie przypomnieć „z czym to się je”. Początkowo wszystko szło bardzo dobrze, ale po jakimś czasie przyszła mi ochota wzbogacić tekst widocznymi tutaj zrzutami ekranów. Właściwie nie musiałem tego robić: przy przenoszeniu materiału do bloga i tak będę wstawiał „czysty” tekst, a dopiero potem importował grafikę. Cóż się jednak stało? Przy próbie zamknięcia programu i zapisania pliku pokazał się komunikat o wystąpieniu błędu. Pomyślałem, że to przypadek. Otworzyłem ponownie plik i powtórzyłem operację: efekt ten sam. Kończę więc opis, na niestabilne oprogramowanie nie ma tutaj miejsca.

StarOffice5.2

No, ten pakiet to naprawdę namieszał! W 1999 roku Sun Microsystems wykupił Star Division – firmę oferującą w owym czasie za darmo oprogramowanie StarOffice 5.1. Był to rozbudowany, funkcjonalny pakiet aplikacji biurowych przeznaczony dla systemów operacyjnych Windows 95, OS/2, Linux, i Solaris. Niedługo potem, w pażdzierniku 2000 roku Sun wypuścił, wersję 5.2, jeszcze bardziej rozbudowaną i dopracowaną, mogącą pracować pod kontrolą Windows 95, 98. NT, 2000, Linux i Solaris. Od siebie dorzucę Windows XP, którego w 2000 roku jeszcze nie było, ale StarOffice bez problemu pracuje pod kontrolą tego systemu. Ta wersja również była oferowana za darmo.

Dopiero się szum zrobił! Najgłośniej krzyczeli oczywiście przedstawiciele Microsoftu, no bo jak można za darmo rozdawać oprogramowanie mogące realnie konkurować z jednym z ich flagowych produktów – Microsoft Office! Ja jednak, jako „zwykły" użytkownik, byłem zadowolony: nareszcie mogłem mieć dostęp do wysokiej jakości pakietu biurowego bez konieczności wydawania wielu tysięcy złotych.

Zobaczmy zatem, czy było o co kopie kruszyć. Pakiet zawiera:
  • StarOffice Desktop (pulpit, o którym tu jeszcze będzie mowa)
  • StarOffice Writer (procesor tekstu)
  • StarOffice Calc (arkusz kalkulacyjny)
  • StarOffice Draw (edytor grafiki wektorowej)
  • StarOffice Impress (przygotowywanie i odtwarzanie prezentacji)
  • StarOffice Base (baza danych)
  • StarOffice Schedule (kalendarz i organizator)
  • StarOffice Mail (obsługa poczty elektronicznej)
  • StarOffice Discussion (obsługa internetowych grup dyskusyjnych)
  • StarOffice Player (odtwarzacz prezentacji dla komputerów z niezainstalowanym Impressem)
  • StarOffice Schedule Server (dostęp do wspólnego kalendarza dla wielu użytkowników sieci komputerowej)
  • Przeglądarkę stron WWW wykorzystującą własny „silnik” renderujący, lub zainstalowany w systemie Internet Explorer
Jak z tego widać, przynajmniej jeśli chodzi o zawartość, StarOffice nie ustępuje pakietowi firmowanemu przez Microsoft. Jeśli zaś chodzi o funkcjonalność... W momencie ukazania się StarOffice 5.2, na komputerach użytkowników królował Microsoft Office w wersjach 97 (wydany w 1991 roku) i 2000 (1999 rok). Niedługo potem ukazał się Microsoft Office XP. Porównania StarOffice z tymi pakietami nie dało się uniknąć. Jednym z podstawowych zarzutów było wolniejsze uruchamianie programu oraz niższa wydajność w porównaniu z konkurencją z Redmond. Kolejne dotyczyły niższej funkcjonalności poszczególnych aplikacji. Szczególnie użytkownicy Excela ostro krytykowali Calc za brak niektórych narzędzi do których zdążyli się przyzwyczaić, problemy z obsługą bardzo dużych arkuszy oraz brak kompatybilności języka makrodefinicji, praktycznie uniemożliwiający konwersję zaawansowanych projektów z Excela. Kontrowersje budziło też wykorzystanie w charakterze bazy danych programu ADABAS D (bo tym jest w istocie StarOffice Base) wywodzącego się z dużych systemów i zupełnie niekompatybilnego z Microsoft Access. Wreszcie – użytkownikom Windows nie spodobała się koncepcja zastępowania systemowego pulpitu odpowiednikiem ze StarOffice, a nawet element ten był uważany (jak się okazało – niesłusznie) za przyczynę wolnego działania całego pakietu. Firma Sun miała w tym jednak swoje wyrachowanie: dzięki własnemu pulpitowi pakiet wygląda i działa identycznie na wszystkich obsługiwanych platformach systemowych.

Tu muszę dorzucić swoje „trzy grosze”: integrację pulpitu StarOffice z Windows wspomaga proces sointgr.exe uruchamiający się automatycznie podczas startu systemu. Odpowiada on za „przechwytywanie” ikon zasobnika systemowego (w prawym dolnym rogu ekranu). Moim zdaniem proces ten wpływa destabilizująco na działanie systemu operacyjnego i lepiej się go pozbyć. W tym celu klikamy „Start” → „Uruchom”, wpisujemy polecenie „sointgr.exe -u” i klikamy OK. Począwszy od następnego startu systemu proces nie będzie uruchamiany.

No to o wadach napisałem, a czy StarOffice ma w ogóle jakieś zalety? Przede wszystkim jedna zasadnicza: to naprawdę porządny pakiet oprogramowania biurowego, dostępny za darmo, w dodatku bez zastrzeżenia do użytku prywatnego. To znaczy, że można go używać również w firmach. Wprawdzie polscy urzędnicy skarbowi wpadli na „genialny” pomysł, że StarOffice należy obłożyć podatkiem, wykorzystując przepis o nieodpłatnym użyczeniu i szacując wartość pakietu na podstawie wartości Microsoft Office, bo do tego samego służy (to tak, jakby szacować wartość Trabanta na podstawie ceny Mercedesa, bo też ma cztery koła i jeździ), ale mam nadzieję, choć niestety nie pewność, że podobne „kwiatki” należą już do przeszłości.

Wracając do aspektów technicznych, mnie osobiście podoba się edytor graficzny. Nadaje się do naprawdę poważnych zastosowań, nawet do rysunku technicznego. Wprawdzie w PowerPoincie Microsoftu też można rysować, ale do przyjemności to nie należy (próbowałem).

Ponadto odpowiada mi ogólna „filozofia” pakietu polegająca na intuicyjności obsługi (pozycje menu i ikony wywołujące poszczególne funkcje znajdują się tam, gdzie doświadczony użytkownik spodziewa się je znaleźć) oraz swoistym „posłuszeństwie” użytkownikowi. Żeby wyjaśnić, co mam na myśli, odwołam się znowu do porównania z Microsoft Office. Ten ostatni pakiet jest wręcz naszpikowany różnymi kreatorami, „czarodziejami” i automatami, które początkującemu użytkownikowi mają ułatwić pracę. Biada tylko, jeśli użytkownik będzie chciał sformatować dokument „po swojemu”, w sposób nie przewidziany przez programistów z Microsoftu. Może stracić bardzo dużo czasu próbując robić swoje, a Office będzie „poprawiał”, zgodnie z wbudowanymi schematami. Ja wolę, żeby komputer nie próbował „myśleć” za mnie, ale w sposób jednoznaczny wykonywał moje polecenia. Takiej koncepcji znacznie bliższy jest StarOffice.

Czy jednak pakiet oprogramowania sprzed piętnastu lat może mieć dzisiaj jakąkolwiek wartość? No cóż: trochę się jednak zestarzał. Przede wszystkim nie ma żadnego sensu próbować w nim przeglądania stron internetowych, obsługa poczty elektronicznej natrafia na trudności ze względu na brak obsługi autoryzacji SMTP (można to obejść, instalując na przykład program SMTPauth), utrudniona jest wymiana dokumentów w postaci elektronicznej z użytkownikami nowszego oprogramowania, ale wszystko inne działa jak dawniej. Polecam go przede wszystkim dla słabych konfiguracji sprzętowych. Już procesor Pentium 100 MHz i kilkadziesiąt megabajtów pamięci RAM wystarczy do uruchomienia i w miarę wydajnej pracy StarOffice.

Właśnie redaguję ten tekst w Star Writerze (po porzuceniu PerfectWorks) na moim notebooku Toshiba 3440CT z procesorem Pentium III i 192 MB RAM (a to są przecież z dzisiejszego punktu widzenia parametry złomu) i praca jest bardzo wydajna. Program reaguje natychmiast na wywoływane funkcje, formatowanie tekstu odbywa się na bieżąco, bez żadnych opóźnień, nawet włączona automatyczna korekta błędów pisowni nie spowalnia pracy. Możecie powiedzieć to samo o oprogramowaniu aktualnie używanym na waszych supermaszynach?

Zapraszam, żeby się przekonać osobiście, jak wielkie możliwości ma StarOffice 5.2 i jak wydajnie pracuje nawet na bardzo starym sprzęcie. Co nie znaczy, że nie warto go zainstalować na nowym komputerze, stanie się wtedy prawdziwą „rakietą”. Oprogramowanie jest obecnie trudne do znalezienia, zwłaszcza w wersji polskiej, dlatego komplet plików instalacyjnych umieściłem tutaj. Miłego pobierania.

W październiku 2000 roku Sun opublikował kod StarOffice powołując jednocześnie do życia projekt OpenOffice.org. Coś wam to mówi? Linia StarOffice była jednak rozwijana dalej aż roku 2008, kiedy to ukazała się wersja 9. Było to oprogramowanie komercyjne, mnie zupełnie nieznane, pora więc kończyć ten opis.

OpenOffice 1.1.2

Właściwie to chciałem w tym miejscu przypomnieć OpenOffice 1.0, pakiet oprogramowania powstały po „uwolnieniu” kodu StarOffice. Właściwie był to okrojony StarOffice, nie zawierający bazy danych (Sun nie mógł opublikować kodu ADABAS D, gdyż nie był jego właścicielem), a także wspólnego pulpitu. Wersja ta jednak nie zachowała się w moich zbiorach, w zamian za to umieściłem tutaj polską wersję 1.1.2. Jest to kompilacja firmy UX Systems, różniąca się od oryginału między innymi zintegrowanym polskim słownikiem ortograficznym (w wersji Openoffice.org trzeba go było doinstalowywać oddzielnie).

Oprogramowanie to ma dla mnie wartość jedynie historyczną, chociaż jest to dopracowany pakiet biurowy świetnie nadający się na słabsze maszyny. Do tych zastosowań wolę jednak StarOffice. Zachęcam jednak do wypróbowania wczesnej wersji OpenOffice z jednego powodu: aby się przekonać, czy rezygnacja z pulpitu wpłynęła pozytywnie na sprawność działania programu. Moim zdaniem nie wpłynęła, ale to moje subiektywne odczucie na podstawie normalnej pracy z oprogramowaniem. Nie prowadziłem żadnych szczegółowych testów i nie zamierzam tego robić. Jeśli ktoś ma ochotę – bardzo proszę.

OpenOffice 2.4.2

Ostatnią wersją OpenOffice z „oficjalnym” wsparciem dla Windows 98 jest 2.4.3, ale nie mam i nie mogłem znaleźć instalatora dla polskiej wersji językowej. Umieściłem zatem tutaj edycję 2.4.2.

OpenOffice w tej wersji to już dojrzały, dopracowany pakiet oprogramowania biurowego, zawierający procesor procesor tekstu, arkusz kalkulacyjny, edytor grafiki wektorowej, program do prezentacji oraz (znowu!) bazę danych. Używałem tego oprogramowania przez kilka lat na różnych komputerach pod kontrolą Windows 98 (działa oczywiście również pod XP) i szczerze polecam. Poza nieco przydługim czasem uruchamiania na słabszych maszynach nie znalazłem w nim większych wad. Wiem, że zadeklarowanych użytkowników Microsoft Office nie przekonam, ale osobiście nie znalazłem żadnego wystarczającego powodu, żeby do użytku domowego kupować pakiet firmy z Redmond. Uważam też, że w małym biurze sprawdzi się równie dobrze.

Nie wypowiadam się jedynie o jakości bazy danych, gdyż jej nie używałem. Nie jest to już ADABAS D, lecz nowy produkt o otwartym kodzie źródłowym. Niestety nie jest kompatybilny z Microsoft Access, a opinie o nim jakie w swoim czasie widziałem w Internecie były dosyć krytyczne. To nie znaczy, że nie da się przy jego pomocy założyć jakiejś niewielkiej bazy adresów do korespondencji czy towarów w magazynie. Na pewno się da.

W OpenOffice 2.0 domyślnym formatem dokumentów został OpenDocument Format (ODF) zgodny z normą ISO/IEC 26300, zalecany do wymiany plików przez różne organizacje międzynarodowe, a w Polsce przyjęty (obok TXT i RTF) jako jeden z podstawowych formatów dokumentu tekstowego lub tekstowo graficznego dla administracji publicznej (rozporządzenie Rady Ministrów z 11 października 2005 roku). Oprogramowanie radzi sobie też całkiem nieźle z odczytywaniem dokumentów Microsoft Office (choć nie dotyczy to najnowszych wersji), ale nie są poprawnie obsługiwane dokumenty zawierające makra, a także może „rozjechać się” formatowanie.

Niemal idealna jest natomiast obsługa dokumentów StarOffice. OpenOffice nie tylko bez problemu odczytuje i zapisuje dokumenty w formacie swojego poprzednika, ale w większości wypadków bezbłędnie zachowuje układ dokumentu, a nawet jeśli coś się „rozjedzie” zwykle są to drobiazgi łatwe do poprawienia. Użytkownicy Microsoft Office: czy możecie powiedzieć to samo o wymianie plików pomiędzy starymi i nowymi wersjami tego pakietu?

OpenOffice 3.2.1 (KernelEx)

OpenOffice 3.2.1 to pierwsza wersja wydana po przejęciu Sun Microsystems przez Oracle w 2010 roku i zarazem ostatnia, która daje się uruchomić pod Windows 98, pod warunkiem, że mamy zainstalowane rozszerzenie KernelEx.

Jak na oprogramowanie o którym piszę na tym blogu, pakiet jest stosunkowo nowy. Wprowadzono obsługę ODF w wersji 1.2, ulepszono wsparcie dla makr VBA (Visual Basic for Applications stosowany w aplikacjach pakietu Microsoft Office) oraz możliwość importu dokumentów OOXML (Office Open XML – ISO/IEC 29500) – otwartego standardu opracowanego przez Microsoft i używanego w pakiecie Office.

Dzięki temu znacznie poprawiła się wymiana dokumentów z użytkownikami pakietu Microsoftu, jednak w dalszym ciągu OpenOffice nie może być uważany za równorzędny zamiennik swojego konkurenta.

Oprogramowanie pracuje stabilnie zarówno pod kontrolą Windows 98 z zainstalowanym rozszerzeniem KernelEx jak i pod Windows XP. Właśnie tego używam w domu na co dzień i w procesorze tekstu OpenOffice Writer powstaje zdecydowana większość wpisów do tego bloga. Na moim notebooku nie jest to co prawda demon szybkości, zwłaszcza jeśli chodzi o czas uruchamiania (choć potem praca przebiega już bardzo płynnie) i niekiedy do doraźnego zastosowania chciałoby się uruchomić coś „lżejszego”. W takiej sytuacji zwykle wystarcza jednak systemowy Wordpad.

A w pracy? W pracy używam LibreOffice 4.0.5 i korzystam w pełni z faktu obsługi tego samego formatu plików. Nie mam żadnego problemu, jeśli zaczynam redagowanie dokumentu w domu, a kończę w pracy i na odwrót. Nic się nie „rozjeżdża”, nic się nie przestawia. Jeśli zaktualizuję LibreOffice do nowszej wersji, albo przejdę na Apache OpenOffice, to będę miał tak samo. Też tak macie, „microsoftowcy”?

czwartek, 3 grudnia 2015

Z czym do biura – część 2

Arkusze kalkulacyjne

Czasem się zastanawiam, z czym współczesnemu, typowemu użytkownikowi kojarzy się słowo „komputer”. Narzędzie rozrywki? Komunikacji? Magazyn informacji? A może jakiś rodzaj „sztucznej inteligencji”? Dinozaurowi kojarzy się z tym, do czego został pierwotnie stworzony: to przede wszystkim maszyna licząca. Żeby jednak ta moc obliczeniowa mogła trafić „pod strzechy” potrzebne było narzędzie uwalniające od konieczności zaprogramowania każdego konkretnego problemu w jakimś „dziwnym” języku. Genialnym rozwiązaniem okazała się koncepcja tabeli, w której komórki można wpisywać dane liczbowe, opisy tekstowe i funkcje (matematyczne, statystyczne, finansowe itp.), których wartości wylicza maszyna. W dużym uproszczeniu tak właśnie działa arkusz kalkulacyjny.

Jeśli mówimy o arkuszu kalkulacyjnym, z pewnością większości czytelników przychodzi na myśl Microsoft Excel. Mało kto już dzisiaj pamięta, że wszystko zaczęło się od programu VisiCalc pracującym na komputerze Apple II, zaś na PC przez długi czas (w epoce „przedwindowsowej”) standardy wyznaczał Lotus 1-2-3 pracujący pod kontrolą systemu operacyjnego MS-DOS. Ten ostatni program został przeniesiony do Windows, jednak w tym środowisku nie udało mu się wygrać w konkurencji z Excelem. Można nawet zetknąć się z opiniami, że przeniesienie 1-2-3 do środowiska Windows nie bardzo się udało. Ja bym z tym polemizował, ale proponuję przekonać się samodzielnie.

Zachęcam do zapoznania się z programem Lotus 1-2-3 5.0 PL. To wprawdzie znowu komercja, znowu dla Windows 3.x (ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu), w dodatku na pewno nie jest to oprogramowanie „porzucone” (był rozwijany do 2014 roku przez IBM). Jest to jednak program „do zdobycia”, gdyż został opublikowany na płycie CD załączonej do czasopisma PC World Komputer nr 4/1998. Właściciel tego numeru posiada licencję na użytkowanie arkusza. Proponuję też przejrzeć szafy i biurka w swoim miejscu pracy: a nuż znajdzie się coś ciekawego i firma zdecyduje się odstąpić, nawet nieodpłatnie, bo w końcu na co komu takie stare oprogramowanie?

Omawiana wersja programu bez problemu instaluje się i działa pod kontrolą Windows 98 oraz Windows XP. Z nowszymi nie próbowałem, ale na pewno nie będzie działać w systemach 64-bitowych. Natomiast jeśli chodzi o wymagania sprzętowe, to nadaje się właściwie każdy sprawny komputer PC, na którym da się uruchomić Windows. Z takim systemem naprawdę da się pracować, a możliwości znacznie przekraczają to, co jest potrzebne do obliczenia domowego budżetu czy wydatków na eksploatację samochodu. I nic dziwnego: w końcu Lotus 1-2-3 reprezentował w swoim czasie naprawdę solidny, profesjonalny poziom.

Nie, nie będę tutaj próbował udowadniać, że w dziedzinie arkuszy kalkulacyjnych wszystko wymyślono ponad dwadzieścia lat temu, bo to nieprawda. W przeciwieństwie do procesorów tekstu, tutaj rozwój jest zdecydowanie widoczny. Dlaczego zatem przywołałem program Lotusa? Bo chciałem pokazać, że do obliczeń biurowych nadaje się praktycznie każdy komputer PC i w dodatku będzie działał zaskakująco sprawnie. Oczywiście wszystko zależy od skali zadania: do przeliczania arkuszy zawierających wiele tysięcy komórek i skomplikowane formuły matematyczne potrzebna jest stosowna moc obliczeniowa. Wcale jednak nie jest powiedziane, że współczesny program będzie liczył szybciej: mając do dyspozycji komputery o ogromnej mocy, programiści często rezygnują z optymalizacji, niestety. Chociaż może to działanie celowe: jak się chce mieć nowy program, trzeba kupić mocniejszy komputer, wtedy powstanie jeszcze nowsza wersja programu, która będzie wymagała jeszcze mocniejszego komputera i interes się kręci.

Taka „karuzela” to jednak nie dla dinozaura. Myślę, że w pewnym momencie można się zatrzymać. No dobrze: ale na czym? Jeśli nie kupować nowego sprzętu, to jakiego oprogramowania użyć, żeby nie ograniczać zbytnio swoich możliwości, a zadania typu „biurowego” nie były drogą przez mękę? Co zrobić, jeśli w dodatku nie mamy pieniędzy na komercyjne oprogramowanie, albo jeśli mamy przysłowiowego węża w kieszeni? O tym postaram się napisać, kiedy tylko znajdę czas i ochotę na dalsze blogowanie.

wtorek, 17 listopada 2015

Z czym do biura – część 1

Chyba najbardziej podstawowym zastosowaniem komputera osobistego (poza grami oczywiście) są prace biurowe i nie chodzi mi w tym przypadku tylko o działalność zarobkową. Przecież będąc posiadaczem komputera nie będę pisał podania do spółdzielni mieszkaniowej odręcznie, ani dawał go do przepisania maszynistce. Mam też lepsze narzędzie do obliczenia domowego budżetu czy choćby tylko wydatków na eksploatację samochodu, niż kartka papieru i kalkulator. Pisząc o pracach biurowych mam zatem na myśli obróbkę tekstu, wykonywanie obliczeń, przygotowywanie prezentacji i obsługę prostych baz danych, niezależnie od tego, gdzie to robimy.

W tym miejscu może zrodzić się pytanie: jaki komputer nadaje się do tego rodzaju zastosowań? Moja odpowiedź zapewne nie spodoba się fanatycznym czcicielom gigaherców i gigabajtów: każdy! Właśnie tak! Nawet najstarszy komputer, byle sprawny technicznie, pod warunkiem właściwego doboru oprogramowania, będzie się nadawał do prac biurowych. Wystarczy, że da się na nim „postawić” Windows 3.10. Dlaczego właśnie ten? Bo w przeciwieństwie do wcześniejszych wersji, łącznie z okrzyczaną jako przełom przez wszystkie czasopisma komputerowe wersją 3.0, zaimplementowano w nim obsługę czcionek True Type, co pozwoliło na przygotowywanie profesjonalnie wyglądających dokumentów przy użyciu najprostszych programów, nawet systemowego edytora Write. Ja jednak nie będę cofał się tak daleko w czasie i zaprezentuję programy, które działają pod kontrolą Windows 98.

Procesory tekstu

Wprawdzie w dzisiejszych czasach mówiąc o biurowych zastosowaniach komputerów od razu mamy na myśli zintegrowane pakiety oprogramowania, ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od procesora tekstu i arkusza kalkulacyjnego. Pomysł zastosowania komputera do obróbki tekstu nie jest może tak stary jak sam komputer, ale zapewne już pierwsze edytory stworzone dla programistów były wykorzystywane do tego celu. Rzecz bowiem narzuca się sama: na komputerze można wielokrotnie poprawiać tekst przed jego przeniesieniem na papier, co eliminuje używanie korektorów, komponowanie przy użyciu kleju i nożyczek, wielokrotne przepisywanie i tym podobne „przyjemności”. O prawdziwym procesorze tekstów możemy jednak mówić dopiero od momentu, gdy można było zadbać nie tylko o treść ale i formę, zaś rozpowszechnienie środowisk graficznych (z dominującą pozycją Windows) pozwoliło na pracę w trybie WYSIWYG (What You See Is What You Get – dostajesz to co widzisz) i uczyniło obróbkę tekstu dostępną dla każdego. Oczywiście nie mówimy tutaj już o „czystym” tekście (jak było na początku), ale o rozbudowanych dokumentach mogących zawierać tekst i grafikę (natomiast nie mówimy o wklejaniu multimediów: moim zdaniem dokument tekstowy musi dać się wydrukować na papierze).

Właściwie to chciałbym przedstawić tutaj tylko jeden program tego typu – AmiPro 3.0 PL. Zdaję sobie sprawę, że jest to wybór mocno kontrowersyjny. Nie dość, że komercja, to jeszcze program jest naprawdę bardzo stary, pojawił się na rynku w roku 1992 (tak, tak, 23 lata temu), a pracował w środowisku Windows 3.x. Chciałbym tu jednak coś udowodnić, dlatego proszę czytelników o odrobinę cierpliwości.

Możliwościami edycyjnymi AmiPro wyprzedzał w swoim czasie konkurencję (nie wyłączając Microsoft Worda 2.0) o kilka lat, a nawet spokojnie wytrzymuje porównanie z wieloma współczesnymi programami. Do repertuaru jego funkcji należy między innymi:
  • obsługa składu wieloszpaltowego, z automatycznym wyrównywaniem łamów
  • zaawansowana edycja tabel, z możliwością wykonywania w nich podstawowych obliczeń (jak w arkuszu kalkulacyjnym)
  • wbudowany edytor grafiki wektorowej
  • obsługa ramek graficznych i tekstowych, z możliwością dowolnego ich rozmieszczania i oblewania tekstem
  • rozbudowany edytor równań, pracujący w trybie WYSIWYG, ale umożliwiający również programowanie w języku zbliżonym do TeX-a
  • automatyzacja czynności poprzez rozbudowany język makropoleceń oparty na BASIC-u, możliwość przypisywania skrótów klawiaturowych do makropoleceń, bogaty zbiór makropoleceń „fabrycznie” instalowanych z programem
  • obsługa przenoszenia wyrazów po sylabach z uwzględnieniem reguł charakterystycznych dla danego języka, polska wersja AmiPro obsługuje oczywiście język polski
  • zaawansowana obsługa stylów tekstu (właściwie to program wręcz wymusza na użytkowniku posługiwanie się stylami)
  • automatyczne generowanie spisów treści, skorowidzów, przypisów itp.
  • kontrola poprawności ortograficznej i korekta (choć nie „w locie”).
Łatwo zauważyć, że już te wymienione cechy (a to nie wszystkie) wykraczają poza zakres funkcji zwykle implementowanych w procesorach tekstu i nadają programowi cechy prostej aplikacji DTP (Desktop Publishing). I rzeczywiście: znałem wydawcę lokalnej gazetki, który cały skład robił właśnie w AmiPro, następnie drukował na kliszy poligraficznej (zastąpionej później dobrej jakości kalką techniczną) i taki materiał oddawał do drukarni, w celu przygotowania matryc offsetowych i druku. Efekt – w pełni profesjonalny. Patrząc na gotowy egzemplarz nikt by się nie domyślił, że został wydany przy użyciu tak prostych metod.

Warto jeszcze zaznaczyć, że całe to dzieło programistyczne zajmuje po instalacji poniżej 20 MB miejsca na dysku twardym. Tak, nie pomyliłem się: dwudziestu, a nie dwustu.

W swoim czasie program był krytykowany za powolność działania, zwłaszcza ustępował szybkością konkurencji spod znaku Microsoftu. Pamiętać jednak należy, że w użyciu były wówczas maszyny wyposażone w procesory taktowane z częstotliwością kilkunastu do kilkudziesięciu megaherców. Uruchomiony na mojej Toshibie z procesorem Pentium III 500 MHz AmiPro staje się prawdziwą „rakietą”.

Zachodzi pytanie: czy AmiPro współczesnemu użytkownikowi może się jeszcze na cokolwiek przydać? Wydaje mi się że tak, o czym świadczy chociażby aktywny Fan Page (https://web.facebook.com/LotusAmiPro/) i powiązana z nim grupa dyskusyjna (https://web.facebook.com/groups/lotusamipro/).

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że AmiPro może być uruchamiany i działa pod kontrolą Windows 98. Wprawdzie polska Wikipedia podaje, że pod kontrolą tego systemu są problemy z drukowaniem w układzie poziomym (landscape), ale to nie do końca prawda. Po prostu program nie potrafi zmieniać ustawień sterownika drukarki w nowych wersjach „okienek”. Wystarczy zadbać, żeby format papieru ustawiony we właściwościach drukarki był zgodny z formatem strony ustawionym w AmiPro, a drukowanie nie będzie sprawiało kłopotów. Udało mi się też uruchomić program pod Windows XP. Wprawdzie pojawia się problem z dostępem do drukarek, ale obejściem jest wyłączenie drukowania w tle („Narzędzia” → „Parametry Użytkowe” → „Opcje” → skasować zaznaczenie przy „Druk w tle”). Są również doniesienia użytkowników (sam nie próbowałem) o sukcesach w uruchamianiu AmiPro pod kontrolą 32-bitowych wersji Windows 7, 8 i 10 (podkreślam: 32-bitowych!).

Pomimo że AmiPro to program komercyjny który już dawno nie jest sprzedawany, jest, moim zdaniem, do zdobycia. Przede wszystkim był w swoim czasie dość popularny w firmach, może więc warto przeszukać szafy w swoim miejscu pracy: a nuż się coś ciekawego znajdzie. Był też opublikowany na płycie CD dołączonej do czasopisma PC World Komputer nr 5/98. Jeśli ktoś ma w swoich archiwach ten egzemplarz – posiada licencję na użytkowanie AmiPro 3.0 PL. Wreszcie – firma Lotus będąca właścicielem praw autorskich do programu już nie istnieje, AmiPro nie jest przez nikogo rozwijany, może więc chyba być traktowany jako oprogramowanie „porzucone” (abandonware) i jako takie jest dostępne do pobrania w wielu miejscach w Internecie. Mam tutaj pewne wątpliwości i dlatego nie podaję linków (są łatwe do znalezienia) ani nie umieściłem AmiPro w moim archiwum na Chomikuj.pl, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek dochodził odszkodowań za nielegalne korzystanie z tego programu.

Tak więc praktycznie każdy może sobie zainstalować AmiPro 3.0 i przetestować jego możliwości. Sam sięgam po niego wtedy, gdy chcę zamienić jakiś bardzo stary komputer w sprawne narzędzie do przetwarzania tekstów. Poza tym, jeśli rzeczywiście potrzebujecie jakiegoś „lekkiego” procesora tekstów i rozważacie na przykład użycie narzędzia w stylu AbiWorda dla Windows, to przynajmniej pomyślcie jeszcze raz. AbiWord, a przynajmniej te jego wersje, które działają pod Windows 98 (czyli do 2.4.6), jest „lekki” tylko pozornie: wystarczy dodać do tekstu dwie fotografie w przyzwoitej rozdzielczości (czyli 300 dpi, jeśli to ma być do druku), żeby „zamulić” nawet stosunkowo mocny system. AmiPro z takim samym dokumentem radzi sobie „z palcem w nosie”.

No dobrze: a wady? Oczywiście są, niektóre nawet dość poważne.

Przede wszystkim AmiPro, jako program wywodzący się z „epoki” Windows 3.x nie obsługuje długich nazw plików. Nazwa jest ograniczona do ośmiu znaków, po których następuje rozszerzenie „.SAM” (nie bez powodu użyłem dużych liter – program zapisuje wszystkie nazwy plików dużymi literami), którego raczej nie należy zmieniać. Ja jako dinozaur nauczyłem się z tym żyć (pomysł zaczerpnięty z programu Norton Commander: utworzyć w katalogu plik o nazwie „dirinfo” i tam wprowadzać nazwy plików, z dowolnej długości opisem, co dany plik zawiera), ale dla użytkowników nie pamiętających tak zamierzchłych czasów może to być duża niedogodność.

Format zapisu plików .SAM nie jest obsługiwany bezpośrednio czy też za pośrednictwem filtrów konwersji przez żaden współczesny program. Nie jest to problemem, jeśli produktem końcowym ma być wydruk na papierze, albo plik w jakimś standardowym formacie elektronicznym, np. PDF czy PostScript (jak tworzyć takie pliki na leciwym sprzęcie jeszcze napiszę). W zespole jednak z czymś takim nie popracujemy, chyba że wszyscy będą używali AmiPro.

W obsłudze czcionek True Type brakuje lokalizacji (w Windows 3.x nie było czegoś takiego) co skutkuje tym, że jeśli chcemy mieć polskie znaki diakrytyczne, trzeba używać specjalnych zbiorów czcionek, które mają te znaki w podstawowym zestawie. Czcionki takie mają nazwy zakończone członem „CE” (np. Arial CE, Times New Roman CE). W Windows 98 i nowszych nie są to fizycznie odrębne zestawy czcionek, ale uzyskuje się je przez przekierowanie (font substitutes). Można też instalować czcionki przygotowane dla Windows 3.x, ale polskie znaki będą w nich poprawnie obsługiwane tylko przez AmiPro i inne programy „z epoki”.

Z powyższym wiąże się następny problem: podczas przekazywania bloków tekstu z/do innego, bardziej współczesnego programu metodą kopiuj – wklej, nie przenoszą się poprawnie polskie znaki diakrytyczne. Poprawianie tych wszystkich „krzaczków” jest na tyle uciążliwe, że przestałem używać AmiPro do przygotowywania tekstów na potrzeby tego bloga.

Trzeba bardzo uważać, w jakim trybie podglądu pracuje AmiPro. Są trzy: hierarchiczny, typograficzny i uproszczony. Ten ostatni bardzo zwiększa szybkość działania programu i z tego powodu jest często używany. Jest jednak bardzo „zdradliwy”. Działa w nim wszystko: przenoszenie wyrazów, justowanie i tak dalej, tylko że na wydruku otrzymamy całkiem co innego. Układ wydruku odzwierciedlany jest tylko w trybie typograficznym.

Zauważyłem też dwa błędy w programie. Niekiedy zdarza się (na szczęście rzadko), że na ekranie wszystko wygląda prawidłowo, a na wydruku litery w którymś wyrazie jakby się „sklejały”, przez co staje się on nieczytelny. Bywa też, że przy justowaniu tekstu do obydwu marginesów (układ „książkowy”), któryś wiersz „wyjedzie” poza prawy margines. Nie znalazłem doniesień o tych błędach na zagranicznych forach, być może zatem dotyczą one jedynie polskiej wersji.

Ale co to ja właściwie chciałem udowodnić? Aha: po pierwsze, że do zaawansowanej obróbki tekstu nadaje się właściwie każdy sprawny technicznie komputer PC, nie są tu potrzebne żadne gigaherce i gigabajty. A po drugie – wszystko co związane z komputerową obróbką tekstu (a przynajmniej wszystko, z czego korzysta typowy użytkownik) wymyślono ponad 20 lat temu (autokorektę też wymyślono, ale ówczesne maszyny były na to za wolne).

Tak naprawdę, to nie bardzo wiem, co procesory tekstu wchodzące w skład współczesnych „wypasionych” kombajnów biurowych mają nowego do zaoferowania. Chociaż... no tak: atrakcyjny wygląd interfejsu, autokonfiguracja, różnego rodzaju „czarodzieje”, „kreatory” i automaty, mnóstwo szablonów dokumentów i tak dalej. Tylko że „atrakcyjne” interfejsy stają się zupełnie „normalne” już po kilku godzinach użytkowania. W interfejsie cenię sobie nie tyle wygląd, co funkcjonalność i to funkcjonalność dla zaawansowanego użytkownika. To wyklucza wszelkie samokonfigurujące się menu, ukrywanie nieużywanych funkcji i tym podobne „wynalazki”. Kreatorów zwyczajnie nie lubię, bo chcę aby komputer w sposób jednoznaczny, precyzyjny i powtarzalny wykonywał moje polecenia, a nie próbował „myśleć” za mnie. Od myślenia, to ja tu jestem. Wreszcie szablony dokumentów, które rzeczywiście potrzebuję, jestem w stanie stworzyć sam (albo ściągnąć z Internetu), a te niepotrzebne niech nie zajmują miejsca na dysku. I to by było (na razie) na tyle.

piątek, 30 października 2015

Na kłopoty – Windows 2000?

Najpierw chyba należy sprecyzować, o jakie kłopoty chodzi. Przede wszystkim o przeglądanie stron internetowych na moim notebooku z Windows 98. Mam wprawdzie do dyspozycji przeglądarki K Meleon KM-16-F3628 i Opera 12.02 (jak je uruchomić pod Windows 98 pisałem wcześniej), które umożliwiają przeglądanie wielu współczesnych stron internetowych, jednak zdecydowanie nie wszystkich. Co więcej, problem narasta, bo webmasterzy coraz częściej używają technik nie obsługiwanych przez stare przeglądarki. Od czasu do czasu chciałoby się też uruchomić jakieś programy, które pod Windows 98 po prostu „nie chodzą” i nie pomaga żaden KernelEx. Wreszcie dochodzą problemy z wydajnością, uwidaczniające się zwłaszcza przy uruchamianiu programów „przeskakujących” epokę Windows 98, skłaniające do poszukiwania systemu operacyjnego, który efektywnie wykorzysta każdy bajt pamięci i każdy takt procesora.

Dlaczego jednak Windows 2000? Nie ukrywam, że najchętniej bym „postawił” Windows XP. Oficjalne wsparcie dla tego systemu zakończyło się całkiem niedawno i wciąż jeszcze łatwiej znaleźć oprogramowanie, które „nie chodzi” pod Windows 10, niż pod XP. Powodów jednak było kilka. Po pierwsze, nie dysponuję wolną licencją Windows XP, „pirata” stawiać nie zamierzam, zaś ceny tego systemu na rynku wtórnym są (jak dla mnie) wciąż jeszcze zbyt wysokie, żeby kupować go tylko dla zabawy. Po drugie, mój notebook Toshiba ma tylko 192 MB pamięci RAM i to bez możliwości dalszego rozszerzenia. To wprawdzie więcej, niż wymagane oficjalnie minimum dla XP, ale o wiele za mało do płynnej pracy tego systemu. Wreszcie, „last but not least”, tyle się naczytałem w Internecie o niezwykłej wydajności i stabilności Windows 2000, że postanowiłem sam sprawdzić, na moim sprzęcie i z używanymi przeze mnie aplikacjami.

Zaczęło się jednak od kłopotów. Przede wszystkim mój notebook to „beznapędowiec”: ani stacji dyskietek, ani CD-ROM, ani nawet (standardowo) możliwości uruchomienia systemu z pamięci USB. W dodatku zdobyłem Windows 2000 w wersji upgrade, ale angielskiej (co akurat dla mnie jest zaletą a nie wadą), a Windows 98 używam w wersji polskiej. Aktualizacja jest możliwa w obrębie tej samej wersji językowej, więc musiałem najpierw zainstalować angielski Windows 98 i dopiero potem zaktualizować do Windows 2000. Na „beznapędowcu” poradziłem sobie w ten sposób, że wymontowałem dysk twardy i podłączyłem przez adapter USB do komputera stacjonarnego, co mi pozwoliło wydzielić specjalną partycję i skopiować na nią pliki instalacyjne. Daruję sobie szczegóły, bo mogą się one przydać jedynie posiadaczom podobnego sprzętu. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, niech da znać w komentarzu.

Po pomyślnym zainstalowaniu kłopoty się jednak nie skończyły: okazało się, że system pracuje bardzo niestabilnie i nie pozwala zainstalować żadnego service packa poza pierwszym, a przecież zależało mi na tym, żeby mieć Service Pack 4, bo wiele programów dla Windows 2000 tego właśnie wymaga. Szukałem bardzo długo, już nawet myślałem, że mój sprzęt nie do końca poprawnie współpracuje z Windows 2000, chociaż według producenta notebook Toshiba Portege 3440CT ma wsparcie dla tego systemu. Znowu oszczędzę szczegółów, na koniec okazało się, że Windows 2000 „gryzie się” z Plop Boot Managerem, którego chciałem wykorzystywać do uruchamiania na tym samym komputerze dotychczas używanego Windows 98 i Windows 2000, a także do obsługi startu systemu z pamięci USB. Skończyło się na tym, że Windows 2000 zainstalowałem na innym, przeznaczonym tylko dla niego dysku twardym. Jak ręką odjął: bez problemu zainstalowałem Service Pack 4.

Przyszła wreszcie pora na instalowanie aplikacji. Oczywiście zacząłem od Firefoksa 10.0.12 ESR (to ostatnia wersja działająca z Windows 2000) bo przecież głównym celem miała być poprawa jakości przeglądania stron WWW. Zainstalowałem, uruchomiłem i po krótkiej konfiguracji (wyłączenie zapamiętywania haseł, otwieranie nowych zakładek zamiast nowych okien itp.) wpisuję adres serwisu jednego z działających w Polsce operatorów telefonii komórkowej: http://virginmobile.pl. Strona zaczyna się otwierać i po chwili – restart systemu! Niemożliwe! Może to przypadek! Sprawdzam jeszcze raz – to samo! Spróbowałem zatem w przeglądarce K-Meleon KM-16-F3628, tej samej, której używałem pod Windows 98 (łatwo, bo tego programu nie trzeba instalować) – efekt ten sam. Zainstalowałem Operę 12.02 – jeszcze gorzej: system restartuje się już po uruchomieniu przeglądarki, nie da się przeglądać czegokolwiek. Gdzież się podziała legendarna stabilność systemu Windows 2000, skoro można go „wywalić” jednym adresem internetowym?

Pomyślałem, że to może być przypadek, jakaś nieprawidłowość objawiająca się we współpracy z moim sprzętem. Tak się jednak złożyło, że mam w pracy skonfigurowaną maszynę wirtualną z systemem Windows 2000 w wersji polskiej, przeznaczoną do testów. Postanowiłem wykonać na niej taką samą próbę i co? Problem się powtórzył. To już nie może być przypadek!

Zwróciłem się o pomoc do „wujka” Google. Po dłuższym „guglaniu” znalazłem informację, że takie problemy sprawiają niektóre sterowniki kart graficznych i może pomóc wyłączenie akceleracji sprzętowej w Firefoksie (Opcje → Zaawansowane → Korzystaj z akceleracji sprzętowej jeśli jest dostępna). Sprawdziłem, rzeczywiście po wyłączeniu wymienionej opcji strona otworzyła się w Firefoksie. No dobrze: ale co z innymi przeglądarkami? Próba wyłączenia akceleracji sprzętowej na poziomie systemu operacyjnego nie dała spodziewanych efektów.

Wróciłem do „guglania”. Okazało się, że ktoś miał analogiczne do moich problemy z Operą i pomogło zainstalowanie nieoficjalnego Service Packa 5 dla Windows 2000. To było to! Zainstalowanie poprawki spowodowało, że zaczęła się uruchamiać i pracować w miarę normalnie przeglądarka Opera. „W miarę”, bo w dalszym ciągu przy próbie przeglądania niektórych stron „wylatywała” z pamięci, tak jakby została zamknięta, chociaż już bez restartu systemu. Co więcej, strona Virgin Mobile zaczęła się otwierać nie tylko w Operze, ale również w K-Meleonie i Firefoksie, nawet bez wyłączania sprzętowej akceleracji!

Service Pack 5 przeznaczony jest dla angielskiej wersji Windows 2000, ale w polskiej wersji analogiczne efekty może dać użycie AutoPatchera.

Po uzyskaniu przyzwoitej stabilności systemu przyszła kolej, żeby zrobić coś w sprawie wydajności. Moje doświadczenie z systemem Windows 2000 jest dużo mniejsze, niż z Windows 98 i nie jestem pewien, czy skonfigurowałem system optymalnie. Tym niemniej, z pewną pomocą „wujka” wyłączyłem wszystkie „bajery” interfejsu, założyłem stały plik wymiany i wyłączyłem kilka niepotrzebnych usług (za dużo nie mogłem wyłączyć, bo mój komputer pracuje w sieci i korzysta z drukarki).

Próby przeglądania stron internetowych przy pomocy Firefoksa 10.0.12 ESR jednak mnie nie zadowoliły. Wprawdzie dało się wyświetlić poprawnie o wiele więcej stron internetowych niż w Operze 12.02 czy K-Meleonie KM-16-F3628, ale przeglądarka działała wolno, otwarcie więcej niż dwóch, trzech kart owocowało wyraźnym „zamuleniem” całego systemu, z intensywną pracą twardego dysku znamionującą niedostatek pamięci operacyjnej. Zwłaszcza po zainstalowaniu dodatku Adblock Plus praca okazała się niezwykle uciążliwa. Może i Windows 2000 lepiej zarządza pamięcią niż Windows 98, ale najwyraźniej musi mieć czym zarządzać. Przy stosunkowo niewielkiej pamięci operacyjnej zmiana systemu nic nie daje.

Przeglądarki K-Meleon i Opera działały zdecydowanie sprawniej, ale działały tak, jak pod Windows 98: te strony, które wyświetlały się nieprawidłowo pod Windows 98, nie działały poprawnie również pod Windows 2000. Ponadto odniosłem wrażenie (subiektywne, bo nie robiłem żadnych pomiarów), że praca pod Windows 98 przebiegała jednak nieco sprawniej.

Tak więc zmiana systemu z Windows 98 na 2000 nie przyniosła w moim przypadku poprawy jakości przeglądania serwisów WWW (co było jednym z głównych celów), ani nie dała mojemu komputerowi wydajnościowego „kopa”. Windows 2000 nie okazał się lekarstwem na kłopoty.

Postanowiłem wrócić do systemu Windows 98, co w moim przypadku było bardzo łatwe: wystarczyło ponownie zmienić dysk twardy na poprzednio używany, na którym odtworzyłem z kopii układ partycji sprzed rozpoczęcia prób (podobno prawdziwi „twardziele” backupów nie robią, ale ja widać nie jestem „prawdziwy”). Potwierdziło się to, o czym pisałem powyżej: przeglądarka K-Meleon KM-16-F3628 pracuje sprawniej pod Windows 98 z KernelEx i pozwala otworzyć więcej stron, pomimo że jest to program dla Windows 2000/XP. Podobnie rzecz ma się z Operą. Tak więc póki co na moim notebooku pozostaje Windows 98.

Wszystko co napisałem powyżej mogłoby świadczyć, że Windows 98 jest systemem lepszym i sprawniejszym niż Windows 2000, co stoi w całkowitej sprzeczności z przyjętą opinią. Pamiętać jednak należy o dwóch sprawach:

  1. Windows 98 zawdzięcza „drugą młodość” rozszerzeniu KernelEx, bez którego w ogóle nie dałoby się przeglądać współczesnych stron internetowych. Autor o pseudonimie Xeno wykonał kawał naprawdę dobrej, programistycznej roboty. Aż szkoda, że projekt nie jest już kontynuowany.
  2. Wprawdzie KernelEx pozwala uruchamiać pod Windows 98 wiele programów dedykowanych dla Windows 2000/XP, ale nie wszystkie i nawet nie większość. Z tych zaś, które dają się uruchomić, nie wszystkie działają w pełni poprawnie. Może się więc zdarzyć, że zostaniemy zmuszeni do zmiany systemu, albo... do uruchamiania takich aplikacji na innym, nowocześniejszym komputerze, pozostawiając sprzęt retro do zadań, którym może podołać (a jest ich wcale niemało).

No dobrze, ale co w takim razie „na kłopoty”, jeśli nie Windows 2000? Ja bym instalował Windows XP, jeśli tylko sprzęt „uciągnie” i da się zdobyć licencję (oczywiście za małe pieniądze). Ja mam XP „postawiony” na komputerze stacjonarnym z procesorem Pentium III 450MHz i 640MB pamięci RAM. Działa całkiem przyzwoicie. Gdybym miał tylko 512MB RAM, też by dał radę. O tym systemie jednak pisał nie będę – w Internecie jest mnóstwo materiałów na ten temat.